sobota, 20 grudnia 2014

I love Lans, Lans, Lans

Jezu, nie mogłam się powstrzymać i musiałam dać wpis o KM. Jeżeli myśleliście, że urodziny jej córki i wszystkie jej fanaberie w poprzednim tygodniu to jej szczyt, jak zwykle w tym miejscu się mylicie!

Poziom lansu i chamstwa w tym tygodniu sięgnął wyżej niż wierzchołek Kilimandżaro, ba być może nawet dosięgnął chmury, na której spoczywa sobie jej Bóg (chociaż Żydzi w niebo nie wierzą swoją drogą). Tydzień zaczął się parszywie. Po urodzinach gnojówy, we wtorek jechałam do pracy z gorączką 38.3. Poczułam się źle już w nocy, więc było już za późno żeby pisać smsiaki z KM. Rani w metrze kaszlałam tak bardzo, że łzy same ciekły mi po policzkach z bólu. Do tego znowu musiałam zwiewać przed nawiedzonym Maharadżą, któremu swoją drogą zrobiłam zdjęcie. Postanowiłam, że jego zachowanie jest co najmniej obleśne i w przypadku gdy ktoś mnie porwie, on będzie pierwszym podejrzanym. Zdjęcie wrzuciłam na fb, znajomi wiedzą że w razie godziny 'W' mają dzwonić na policję i pokazać zdjęcie tego człenia. No więc kiedy Maharadża zobaczył mnie, akurat sięgałam do torby po Apap i oczywiście właśnie w tym momencie zaczął proponować mi wolne miejsce. Przegoniłam go, ale uparł się i w pociągu siedział całą podróż na przeciwko mnie i patrzył na ten mój kaszel i moje łzy. Wychodząc z metra podarował sobie już ściskanie ręki, ale życzył powrotu do zdrowia. Kiedy dojechałam do KM, okazało się że jej córka jest dokładnie w takim samym stanie i musiała zostać w domu. Kiedy dzieci w domu u KM zostają w domu przez chorobę oznacza to dwie rzeczy: 1. Ty pracujesz i robisz wszystko to, co jest zaplanowane na dany dzień nie mając ani chwili dla siebie. 2. Dziecko wrzeszczy Ci co 30 minut z pytaniem czy już masz przerwę, bo ono chce się bawić i Mama kazała się z nim bawić, więc tym bardziej nie masz chwili dla siebie. Mała jednak tym razem była tak osowiała, że jedyne na co miała ochotę to odciskanie swojego pośladka na kanapie i gapienie się w telewizor. Dokładnie w tym samym dniu zaczynała się Hannukah, czyli żydowska Gwiazdka. Niezmiennie od 3 lat trwa spór między mną a dziećmi KM, które twierdzą że Hannukah jest ogólnie rzecz biorąc bardziej zajebista. Absolutnie się nie zgadzam, bo pomimo 8 dni dostawania fantów pod rząd, nie ma magii Mikołaja ani choinki. Bajki są tylko i wyłącznie o Christmas, nawet Kevin sam w Domu nie ma w sobie elementów Hannuki. Pod wieczór byłam już tak przyćpana Apapem, aspiryną, gripexem, że doszłam do etapu gdzie wydawalo mi się, że jedynie beton w tabletkach jest w stanie mnie uratować. Nie mogłam otworzyć oczu, bolała mnie głowa od żarówek w kuchnii. A mimo to, około godziny 19 KM poinformowała mnie, że za godzinkę przyjdą jej starzy i żebym jej pomogła. Doskonale wiedziała jak się czuję, a mimo to trzymała mnie w pracy do 20.30. Kiedy przyszli dziadkowie, zaczęło się odpakowywanie prezentów, które zachwyciły średnio, zresztą jak co roku. Dziadek non stop kazał mi uważać, żebym nie wyrzuciła jakiegoś prezentu kiedy zbierałam puste torebki. Chyba myślał, że ma przed sobą cielemana, ale powiedziałam mu, żeby dał już spokój i się obraził. 

Mój stan pogarszał się z dnia na dzień, z godziny na godzinę. W nocy temperatura sięgała 38.7, ale mimo to wytrwale wstawałam codziennie o 5.50 i robiłam swoje. Dopiero koło czwartku KM zapytała czy mi lepiej i kiedy powiedziałam, że nie i chyba muszę wrócić do domu, przeraziła się, dała mi połowę swoich leków i muszę przyznać że postawiły mnie na nogi. Dzisiaj jest mi już o niebo lepiej. Za to dzisiaj, lansiarstwo nabrało nowego znaczenia w domu KM. Od dzisiaj robienie się na bóstwo należy rozumieć jako 'bycie zajętą' i 'ciężką pracą'. Jak co sobotę, KM wyszykowała się rano do synagogi, po której miała oblecieć 3 lunche u znajomych. Wiecie, w jednym domu zje to, w drugim tamto, w trzecim czegoś się napije a przez ten cały czas mieli ozorem o bzdurach. Kiedy przyszła do domu o 15, zapowiedziała że za 2h przychodzi fryzjer, wizażystka i stylista, bo ona idzie na przyjęcie do znajomych. Cała trójca rozłożyła swój sprzęt w kuchni. Wizażystka na stole, fryzjer przyjechał z walizką pełną jakiś doczepianych włosów, suszarek, lokówek, lakierów, itd, a stylista przywiózł wieszak. Wyglądało to komicznie, bo w tym samym czasie laska maziała twarz KM pędzlami, fryzjer kręcił jej loki, a stylista pokazywał kreacje. KM patrzyła na każdą suknie i mówiła tylko 'tak', 'nie', 'może'. Jednocześnie wszystkie dzieci zrobiły się głodne, więc ja robiłam dzieciom kolację. Na koniec posiłku najmłodszy syn KM zapytał ją dlaczego ona nie zrobiła mu jedzenia. Mama odparła, że teraz jest zajęta i ciężko pracuje. 

3h później pod dom przyjechała limuzyna, KM stała odjebana w drzwiach i robiła sobie sweet focie z mężem. W tym czasie jej syn prosił o to, żeby położyła go spać, ale chyba udała że tego nie słyszy. Zrobiłam to później ja, ale musiałam mu obiecać że wyślę smsa do Mamy z informacją, że kiedy wróci, zajrzy do niego. 

Nie mam żadnego morału, bo chyba za bardzo mnie zatkał poziom lansu i chamstwa. Dlatego w tym miejscu pragnę jedynie podziękować wynalazcom Apapu, Tiocodinu, Gripexu, Aspiryny, Orofar Max i Motrin. jesteście wielcy!

Pozdro 600,


A.

piątek, 19 grudnia 2014

O Świętach w Ameryce

Dzisiaj będzie śmiesznie i niedorzecznie, bo napiszę o tym jak spędzam święta. Śmiesznie, bo jestem ateistką, a niedorzecznie bo moja wizja świąt ma się nijak do tej, którą można zobaczyć w wigilijnym odcinku 'Klanu', 'Złotopolskich', 'Prawie Agaty', czy nawet w Waszych domach.

Od 3 lat święta spędzam tutaj, bez Rodziców. Jest to najgorszy element w całej tej układance. Uwierzcie mi, że nie ma nic fajowego w Wigilii przez Skype, gdzie w Polsce jest 18 a u Ciebie dopiero południe. Niestety, moja praca osiąga największą instentywność właśnie w grudniu, więc jakiekolwiek wyjazdy nie wchodzą w grę. Na szczęście w Stanach święta trwają 2 dni, mało kto bawi się w długie weekendy, bo przecież hajs musi skądś płynąć na te wszystkie dobra. 

Ponieważ od samego dzieciństwa przeraża mnie kolęda 'Jezus Malusieńki' o tym jak dziecko leży w żłobie nagusienkie, płacze z zimna a matula nie ma dla niego sukieneczki, od tamtego czasu mam lekki uraz do świąt. Nie celebruję ich w wymiarze religijnym. Kompletnie odrzuciłam wszystko co wiąże się z koszmarem z lat młodości. Nie dzielę się opłatkiem, nie bawię się w żadne śluby kościelne, bycie chrzestną, itd. Do tego dochodzi wizja pokrwawionego Pana, własnie tego malusieńkiego w żłobie, wiszącego na krzyżu, która prześladowała mnie przez wszystkie lata szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum i na moje nieszczęście studiów (swoją drogą do dzisiaj unikam jakichkolwiek krzyży: nie noszę żadnej biżuterii z tym symbolem, również w moim domu krzyże nie istnieją). Przerażają mnie pijane pasterki (w przypadku mojej parafii) i pytania zadawane w szkole czy byłam w kościele o północy. Pamiętam, że kiedy mówiłam asertywnie, że nie bo bałam się bandy pijanych ludzi, wszyscy jakoś dziwnie na mnie patrzyli (no ale sami pomyślcie: kto rozsądnie myślący pcha się w tłum pijaków udających jakieś modły, na litość). Panicznie boję się zostawiania wolnego miejsca przy stole dla wędrowca, bo kurwa nie wiadomo czy Ci do domu nie przyjdzie jakiś złodziej, morderca czy gwałciciel. Podszyje się za bezdomnego a na koniec okaże się, że pod płaszczem ma maczetę i solniczkę. Wszystko to żeby Cię pokroić na kawałki, ugotować, przyprawić solą i dopchać karpiem, którego sama przygotowałaś. Ah, no i oczywiście gotowanie! Absolutnie nie bawię się w 12 potraw. Nie znajdziecie u mnie nawet 6 tradycyjnych potraw. Nie jestem fanką choinki, chociaż w tamtym roku coś mnie podkusiło i kupiłam żywą bestię. W tym roku zrezygnowałam z drzewa w domu. 

Jak więc wyglądają Święta w moim wydaniu? Pogańsko, bestialsko, sam Nergal by się cieszył? NIE! Przede wszystkim uzbrajam się wpodstawowy zestaw przetrwania, tj. $500 i asertywność. Te pięć stówek odkładam już na miesiąc przed świętami i wykorzystuje je na dopieszczanie siebie. Święta to święta, więc wykupuję wtedy polowę pakietów pielęgnacyjnych w Red Door Spa przy 5 Alei. Fryzjer, maseczki, masaż, brwi to pakiet podstawowy. Czuję się wypoczęta, zrelaksowana a zazwyczaj jakaś miła Pani w salonie zaproponuje mi zabieg gratis (rok temu dałam się namówić na jakąś maszynę wysysającą cellulit z ud i do dzisiaj nie ma po nim ani śladu). Jest to dla mnie bardzo ważny czas, bo wtedy wszystko podsumowuję. Skupiam się na pozytywnych rzeczach, nie kłócę się z nikim przy stole, nie obrażam się na nikogo ani nie obrażam innych. Kupuję na święta zestaw książek, filmów i 6 butelek wina. Wspominałam jeszcze o asertywności. To jest kolejny element mojej zbroi, bo kiedy tylko spotykam jakiekolwiek przedstawiciela Polonii i zaczyna się temat świąt, rozmowa wygląda tak:

Polonia: Obchodzisz w tym roku święta?
Ja: Nie.
P: Jak to?!
Ja: Ja ni obchodzę świąt w sensie religijnym, jestem ateistką. Mam wtedy po prostu wolne.
P: No ale to co wtedy jesz? (Czaicie takie pytanie? Bardzo często pada)
Ja: Zamawiam sobie wcześniej kawałek jakieś cielęciny, ulubione sałatki, dania i przywożą mi do domu.
P: No a kolędy? Nie śpiewasz?
Ja: Nie.
P: (krępująca cisza) no ja obchodzę, bo potrzebuję połączyć się z Bogiem.
Ja: Ok, fajnie.
P: No ale do Kościoła nie idziesz?
Ja: Nie, odpoczywam wtedy w domu albo w spa.
P: aha. Muszę lecieć.

I tyle. Odstraszam ludzi, wiem o tym. Tzn inaczej, odstrasza ich moja asertywność, ale nie jest to mój problem. Uważam, że moja wizja świąt ma się nijak do tych jakie organizuje moja Mama, ale myślę że wcale nie jest tak źle. Do pracy wracam wypoczęta, wyspana, nieprzejedzona, po prostu jest mi dobrze. I tego właśnie Wam życzę! Twórzcie świat dokoła siebie w taki sposób, żeby to Wam było fajnie. Mam gdzieś w marzeniach święta za jakies 10 lat w stylu Marthy Stewart z własnoręcznie wykonanymi ozdobami i ekologicznym żarciem i 20 gośćmi, i żeby w ogóle była z nami telewizja i Pani Reporterka powiedziałaby że to kolacja roku. Ale znając mnie skończyłoby się na pożarze, wizycie policji, moich Rodziców z minami w stylu 'coś Ty dziecko narobiła' i karetką pogotowia pred domem. Eh, przynajmniej wyszłaby fajna notka :) co do podsumowań, jeszcze przyjdzie na to czas i na pewno taki wpis pojawi się na blogu. Będzie pełen miłych, milusich wręcz, cudownych i pozytywnych rzeczy, więc tym mniej wytrwałym emocjonalnie zalecam wszelkie leki na niestrawność i chodzące gule. 

Pozdro 600,
A.

niedziela, 14 grudnia 2014

There is a thin line between hate and paper

Jest cienka linia pomiędzy nienawiścią a papierem. Dzisiaj tą linię przekroczę całkowicie, upojona dodatkowymi promilami, wściekła na wszystko, całe Żydostwo, młodzież, gówniarzy, rozpieszczone bachory (przede wszystkim te 40letnie), metro, kasjerki, na mój brak kondycji, na #wszystko. 

Trudno, powiedziałam to. Nie cofnę tego. Po tym tygodniu pałam nienawiścią do wszystkich bogaczy, którym poprzewracało się w głowach od pieniędzy. O ile do tej pory miałam w dupie wszelkie ekstrawagancje i szaleństwa KM, tak teraz oficjalnie ogłaszam, że nienawidzę tej ku**o - dzi*y. Tak. Można zgłosić mnie na policję, do ministra, prezydenta. Mam to gdzieś. Niech mnie spisze osiedlowy, a ksiądz niech mnie w końcu wyrzuci z parafii. W tym tygodniu przebrała się miarka.

Miniony tydzień minął pod znakiem imprezy urodzinowej dla córki KM. Mała kończy 10 lat, ogólne szaleństwo. KM postanowiła zaszaleć do tego stopnia, że wykupiła połowę supermarketu, gdzie większość zakupów to mrożonki. Zapomnijcie o torcie dla dziecka, naleśnikach, kanapkach czy ulubionych potrawach z lat dzieciństwa. Jak to ujęła KM: "nie mam siły gotować". Miała za to siłę zwalić na mnie wszystkie przygotowania. Po tym jak wydała ok. $500 na wszystkie gadżety, prezenty i po tym jak wyładowała samochód z zakupów 52 razy, uznała że jej rola jest skończona. Reszta należała do mnie. 

Impreza zaplanowana była na 30 osób. Innymi słowy, 30 rozpieszczonych bachorów przyjechała do córki KM nocować. Przywiozły swoje śpiworki, ciuchy od Armani Kids, każda po 3 walizki szajsu. Cała ta banda nieudaczników zwaliła się w piątek przed szabasem. Przywiozły je matki, coś w stylu mojej KM, tyle że jeszcze bardziej chore psychicznie. Widziałam mamusie ubrane w suknie z cekinami, które po prostu przywiozły dzieci na przyjęcie. KM kompletnie olała rozmowy z matkami, schowała się gdzieś z fajfonem w kuchni, więc wszelkie konwersacje z tymi wariatkami przypadły mi. Niektóre matki zostawiły mi tabletki dla ich dzieci. 3/4 tabletek, które otrzymałam podaje się dzieciom z ADHD albo z alergiami na #wszystko. Należy zażyć po śniadaniu. Spox. 

Na szczęście w zimie szabas zaczyna się koło godziny 16, więc chwilę po zapaleniu świeczek wszyscy zasiedli do kolacji. Nie wiem czy zdajemy sobie sprawę co oznacza kolacja szabasowa. Wyjaśnię szybko: święcenie chałki na mosiężnej desce, którą sama musisz dotaszczyć na stół (bo Żyd w szabas nie może niczego nosić ani dźwigać), rozdanie kawałków chleba dla wszystkich darmozjadów. Potem zabierasz deskę, ledwo możesz ją udźwignąć. Następnie serwowany jest rosół. Rosół nie jest regułą, można podawać inne zupy, ale laski w okolicy w której pracuję nie potrafią ugotować innej zupy. Rosół jest najłatwiejszy i wszystkie te damusie serwują to w szabas. "Serwują" to dużo powiedziane: ja nalewam, ona nosi do stołu dla każdej gówniary. Po drodze okazuje się, że zamówienie zostało źle przekazane: jedna nie chciała kulki macy w jej zupie, druga chciała więcej makaronu. Przy 30 miskach zupy mam około 12 misek "do poprawy". Ja sama nie mam czasu zjeść zupy, bo kiedy ta banda żre, ja wyciągam jedzenie na drugie danie. Tzn mrożonki, które rozmrażały się w piekarniku. Na drugie danie serwujemy takie pistacje jak mrożone kotlety, mrożone karczochy (a jak!), mrożoną fasolkę, frytki, kurczaka (?!) i tym podobny szajs. KM zrobiła SAŁATKĘ. Wymieszała pokrojone patisony, pomidory, zrobiła dressing (wow!) i gotowe! 

Po drugim daniu czas na deser. Zanim podamy deser, sprzątamy z KM stół, na którym jest wszystko. Sos z kotletów wylądował na obrusie, frytki pływają w Coli, Sprite wymieszał się z kurczakiem. Na deser podajemy babeczki marchewkowe i czekoladowe, jedyny wyrób zrobiony od A do Z w domu. Tzn ja je zrobiłam, KM była w tym czasie u fryzjera. Kolacja trwa do 19, dziewczynki padają jak muchy o 8.30. Ja biorę leki na spokojny sen, piję melisę, modlę się żeby przeżyć sobotę.

Sobota jest tragiczna, bo trzeba wyszykować 30 dziewczynek do synagogi. Każdej dziewczynce trzeba pomóc założyć rajstopy, niektóre uciekają przed Tobą bo myślą że jesteś zboczeńcem i za żadne skarby nie dadzą sobie włożyć nylonów. Tutaj interweniować musi KM, która tłumaczy dziecku, że Agnes nie zrobi Ci krzywdy, tylko pomoże włożyć rajstopy. Niektóre są na tyle leniwe, że wkładanie rajstop wygląda tak: dziecko leży na podłodze i musisz je prosić żeby dało Ci nogę, bo kompletnie odmawia kooperacji. Dodatkowo wszystkie dzieci płaczą, że ich włosy nie są jedwabiste po nocy, a przecież muszą być jedwabiste bo Agnes przyszykowała im pokaz mody.

Tak. Byłam na tyle naiwna i głupia, że namówiłam KM na pokaz mody. Przed imprezą laska zrobiła to, co potrafi najlepiej, tj. wysłała maile do wszystkich matek z informacją, żeby dały dzieciakom jakieś szalone ubrania. Dołożyła jeszcze starań i kupiła w sklepie jakąś matę imitującą wybieg. Ja 2 dni wcześniej zrobiłam "lizaki" z punktami, coś w stylu Tańca z Gwiazdami. Dodatkowo dla każdej dziewczynki miałam numerek ze wstążeczką (tak, tak, niczym w obozie lol). Pokaz mody okazał się być strzałem w 10 do tego stopnia, że inne koleżanki córki KM proszą ją o wciśnięcie je na pokaz, bo też chcą wziąć udział. Po pokazie mody przychodzi czas na dekorowanie ciast. Dzielimy cały gang na 5 grup, każda grupa dekoruje ciasta, które ja oczywiście upiekłam kilka dni wcześniej. Dekorowanie przechodzi z fazy sztuki do walki i wzajemnego wyzywania się od "beztalenci" i "głupków". Wybija godzina 18, szabas skończył się godzinę temu.

Do domu KM przychodzi dodatkowe 15 dziewczynek, razem 45 sztuk. Zaczynamy oglądanie filmu, podczas którego serwujemy popcorn. Zgadnijcie kto wcześniej przygotował popcorn? Tak, ja. 36 torebek, jakby ktoś był ciekawy. Od tej pory nie mogę znieść zapachu popcornu, jego widoku i wszystkiego związanego z tym ohydnym jedzeniem. Dla tych bardziej dociekliwych, kiedy ja robiłam popcorn, KM była na paznokciach i na rzęsach (zagęszcza je sobie, bo ma małe oczy jak kret). Film kończy się zbyt wcześnie i KM szuka w moich oczach odpowiedzi na pytanie "co można jeszcze im zaoferować". Rzucam szybko, że karaoke. KM kręci nosem, ale mam ją w dupie i biegnę na górę po maszynę do karaoke. W tym czasie jej mąż przywozi 8 pudełek z pizzą. Cały dywan jest pokryty w popcornie, serze, sosie pomidorowym, kawałkach ciasta. Uroczo. Po filmie odpalamy świeczki na tortach udekorowanych wcześniej, śpiewamy sto lat, potem przychodzi czas na karaoke. Zabawa jest tak szalona, że sąsiedzi dzwonią do KM z pytaniem co się tam dzieje i czy mogą przyprowadzić swoje dzieci. Dochodzi 5 dziewczynek extra. Atmosfera jest niesamowita, więc zaczynam tańczyć i śpiewać z dziećmi (a robię to tylko po alkoholu). Po godzinie 21, kiedy już wszyscy goście poszli do domu, ja i KM sprzątamy. Tzn KM stoi i bawi się fajfonem a ja sprzątam. Do 23.30. 

Niedziela rano. Wreszcie wolne, mam zakwasy na całym ciele. Wychodzę i czekam na wypłatę mając nadzieję na kilka dolarów więcej za całe to przyjęcie. Nie dostaję ani centa extra. 

Pozdro 600,
A. 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mayday, Mayday, Mayday!

Mayday! Mayday! Huston na pomoc! Potrzebuję chwili dla siebie! Ostatnie dwa tygodnie to istne szaleństwo. Totalnie pochłonęło mnie zakładanie firmy: czytam poradniki, kodeksy, dopieszczam biznes plan, zamawiam wizytówki, projektuję moje portfolio, szukam dostawców specjalizujących się w stylu vintage, pracuję nad sesją zdjęciową. Śpię po 5 godzin dziennie, chodzę niewyspana, przemęczona użeraniem się z dziećmi w pracy, ogólnie jest syf. Powoli zaczynam rozważać podjęcie nowego zajęcia. Nie wiem, jakieś zoo, może leśniczówka. Samotnia. Z drugiej strony takie zawirowania, pomimo narzekania i zmęczenia, działają na mnie niezwykle dopingująco. Wszystko nabiera kształtu i sensu, bo w pewnym momencie dopadły mnie chwile zwątpienia. Ale, zacznijmy po kolei.

Zakładanie firmy wcale nie jest proste. To wie chyba każdy, kto musiał przez to przejść. Jednak zakładanie firmy w obcym kraju jest podwójnie trudne. Dzisiaj miałam spotkanie z właścicielką restauracji, w której chcę zorganizować sesję do mojego portfolio. Dwa tygodnie wcześniej zaczęłam tworzyć listę pytań, które powinnam zadać podczas spotkania. Pytania z pozoru wydają się być dziwne, bo dotyczą np ilości gniazdek w danym pokoju/sali albo czy restauracja ma zamiar przeprowadzać jakiś remont w dniu/tygodniu poprzedzającym Twoją sesję. Istotne są również takie kwestie jak możliwość dojazdu dla dostawców przed lokal, wszelkie opłaty za #wszystko, itp. W moim przypadku, potrzebuję stołu z nakryciem dla 8 osób. Za przygotowanie stołu restauracja pobiera opłatę $50 extra. W tym wszystkim zamieszaniu, najbardziej stresowałam się…akcentem. Tak. Byłam totalnie przerażona, że kobieta usłyszy mój akcent (i pewnie skumała, że nie jestem Amerykanką), pomyśli że jestem niedojdą, że się nie znam, itd. Na szczęście nic takiego się nie stało, Lauren była bardzo uprzejma, aczkolwiek niezwykle anemiczna. Nie wiem z czego to wynika, ale zawsze wierzyłam, że współpraca z mężczyznami przebiega bardziej energicznie. Obiecuję tutaj uroczyście, że następną sesję organizuję z facetem. Nie mam talentu od odczytywania kobiecej mimiki ani kobiecych emocji, co facet to facet. 

Dotychczasowe negocjacje stanęły na 16 marca 2015, godzina 11.00. Wtedy zacznie się spełniać wizja, o której myślę już od dwóch miesięcy. Właśnie otrzymałam kontrakt od restauracji, który muszę podpisać, żeby móc zacząć działać. Komunikacja w tym przypadku odbywa się przede wszystkim za pomocą emaili. Moja skrzynka pocztowa zapełniona jest wiadomościami od fotografów, florystów, dekoratorów, kaligrafów, grafików i czego sobie tam nie wymyślicie, na pewno to jest w mojej skrzynce. Trzeba bardzo uważać i pilnować się z korespondencją, najlepiej założyć jakiś notes, w którym każdy krok jest notowany. Ja taki notes mam, ma nawet okładkę z symbolami masońskimi :). 
Jeszcze a propos kontraktu, żeby móc go podpisać, muszę mieć ubezpieczenie na dzień sesji: restauracja zabezpiecza się w ten sposób na wypadek gdyby coś mi się stało w czasie robienia zdjęć. 
Czyli dochodzi mi kolejna rzecz do załatwienia, eh.

W tym momencie, do mojego życia wkracza prawdziwe szaleństwo i schizofrenia. Bo kiedy w niedzielę i poniedziałek zajmuję się firmą, tak od wtorku do soboty zajmuję się rozpieszczoną bachornią w pracy. W tym tygodniu czeka mnie OKROPNY tydzień. Córka KM ma urodziny i przychodzi 30 dziewczynek. Nocować. Nie mam pojęcia jak oni posadzą te dzieci, gdzie będą spały, ja postanowiłam się angażować w całe to wydarzenie w stopniu minimalnym. Nie mam zamiaru patrzeć czy któraś nie robi sobie krzywdy, po prostu let it go. W tamtym roku KM zaprosiła na noc 12 dziewczynek i dostałam za cały mój wysiłek dodatkowe $25. Śmiesznie żałosne. W tym roku może mnie pocałować w tyłek z tymi swoimi dodatkowymi pieniędzmi. To wszystko brzmi trochę nonszalancko, ale ostatnio byłam świadkiem takich scen, że gardzę tą kobietą najbardziej jak tylko się da. 

Opowiadałam Wam historię o sukience? Nie? To posłuchajcie o "the sukienka story". Historia jest bardzo prosta: syn KM ma w marcu barmitzvę, coś w rodzaju żydowskiej komunii. Przygotowania zaczęły się już w marcu tego roku i kiedy KM rozmawiała z organizatorami przyjęcia na temat budżetu, mówiła że tak na prawdę to "budżetu nie ma". Cała ta impreza odbywa się w atmosferze blichtru i przepychu rodem z 5th ave, ale też i chamstwa na poziomie Lubartoskiej w Lublinie. Najważniejszym punktem programu jest sukienka. Mam na myśli oczywiście sukienkę KM. Dwa miesiące temu dobijała się przez telefon do Michaela Korsa, żeby uszył jej kiecę. Nie mogła rozmawiać z samym projektantem i połączyli ją z asystentką. Wkurzona KM zaczęła wybrzydzać i zmuszać biedną dziewczynę, żeby natychmiast połączyła ją z Michaelem. Kiedy ta jej odmówiła, KM stwierdziła że asystentka się na niczym nie zna i brak jej klasy. Goodbye. To było jednak preludium. Sukienką numer 2 jest suknia jej córki. Szyją u Gucciego, jednak jak się okazało 4 dni temu, nawet ten dom mody nie jest w stanie spełnić oczekiwań laski. W czwartek KM dostała telefon od Gucciego (tzn. domu mody):

KM: Sukienka jest gotowa?
Gucci: Tak. Można ją odebrać.
KM: Ale jak wygląda?
G: Dobrze.
KM: Jak to dobrze? To znaczy, że jest fatalna! 
G: Nie, wygląda dobrze. Ciężko nam powiedzieć dokładnie, bo sukienka jest na wieszaku. Jeśli przyprowadzisz córkę na przymiarkę, będzie można więcej powiedzieć.
KM: Nie, nie, nie, nie, nie. To nie brzmi dobrze. Właśnie mnie przyprawiłaś o zawał serca! Czy Ty zdajesz sobie sprawę w jaki sposób rozmawiasz z klientem? Ja zapłaciłam za to $10,000!
G: Mogę zrobić zdjęcie i wysłać Ci na telefon.
KM: Ok. Pa.

Po 3 minutach.

KM: Sukienka jest ohydna!
G: Jak to ohydna?
KM: Paskudna, zbyt wąska! Nie umiecie szyć. Tragedia. Jest okropna!
G: Ale co Ci się w niej nie podoba?
KM: Wszystko.
G: Zróbmy tak: wyślę sukienkę do Twojego domu na nasz koszt, niech córka przymierzy i wtedy zobaczymy co da się zrobić. 

Sukienka przyszła na następny dzień z samego rana. Córka KM ją przymierzyła. Wyglądała bosko. Na prawdę. Cała afera zakończyła się tym, że KM zadzwoniła do Gucciego, powiedziała że spoko, suknia ładna i sorry. I kłaput słuchawką. Taka odważna.

Jak sami widzicie pracuję dla schizofreniczki. Wariatki i pomyleńca. Na szczęście mam swój biznes.

Pozdro 600,
A. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

I've Got 99 Problems But a B**** Ain't One

Wyobraź sobie taką scenę: rodzinny obiad w żydowskiej rodzinie, sobota, szabas. Przy stole siedzi dziadek, polski Żyd, babcia (też polskie korzenie), córka (dalej nazywana KM albo laska), jej mąż i trójka dzieci. Wszyscy jedzą obiad w ciszy, nikt się do nikogo nie odzywa, słychać tylko brzdęk sztućców. Milczenie przerywa dziadek, który nagle ni stąd, ni zowąd palnie na cały głos: 'Mam na koncie $10 mln, ale i tak nikomu z tego nic nie zostawię. Wszystko przepiszę na wnuki'. KM nieruchomieje, jej mąż zastyga, babcia je dalej, bo jej aparat słuchowy dzisiaj działa gorzej i nic nie słyszy, a dzieci mają to w dupie. 

Ta sytuacja wydarzyła się na prawdę. Postaw się na moment na miejscu laski i przeanalizuj swoją sytuację. Wyszłaś za mąż bez większych dokonań, kasa zawsze płynęła od ojca. Skończyłaś jakieś tam studia, za które naturalnie zapłacił ojciec, spotkałaś faceta, a ten zapewnił Ci taki komfort życia, że już nigdy nie musisz iść do pracy. Przez pierwsze lata bawisz się świetnie: urządzasz dom, doskonalisz umiejętności kulinarne, zachodzisz w trzy ciąże, chodzisz na siłownie i masz prywatnego trenera, który sprawia, że po trójce dzieci nie masz ani grama cellulitu w wieku 40 lat. 

Od samego początku bycia 'perfekcyjną panią domu' starasz się szukać najprostszych rozwiązań w prowadzeniu domu. Zatrudniasz sprzątaczkę, nianię do starszych dzieci, pielęgniarkę do noworodka (żebyś nie musiała wstawać w nocy), zakupy dowożą Ci do domu tak żebyś nie musiała biegać po sklepach bez końca, ogrodnik przychodzi raz w tygodniu zadbać o ogród, a Ty dostajesz pierdolca. Zwalniasz już 15 nianię (to są 'fakty autentyczne') i stwierdzasz, że przyszedł czas na wizytę u lekarza po pierwszą dawkę prozacu albo xanaxu.

Mija 10 lat od ślubu a Ty tkwisz w sytuacji, gdzie dzieci denerwują Cię do tego stopnia, że w czasie ich choroby wychodzisz 'na chwilę', a wracasz po 7h. Dzieci zostają wtedy z nianią, która organizuje zabawę 'namalujmy Mamie laurki, żeby poprawił się jej humor'. Twoje dzieci w laurkach piszą, że jesteś fajną Mamą i kochają Cię, bo dajesz im super drogie prezenty. Cała trójka ma iPady, iPody, i fajfony, a do tego szafy zapełnione ubraniami od projektantów. Kiedy już wracasz do domu, nie wiadomo skąd, bierzesz się za gotowanie. Po 10 latach to już staje się rutyną i nie masz siły gotować na bieżąco. Wybierasz najprostsze rozwiązania i np. w piątek gotujesz na twardo 12 jajek na twardo, wkładasz do pojemnika i zakładasz, że to będzie starczyło na lunch dla dzieci do środy. Można sobie tylko wyobrazić jak szaro-niebieskie są te jajka koło wtorku. Gotujesz naturalnie w diamentach. Nieważne czy masz na sobie dres, suknię od Oscara de la Renty (bo akurat wyszykowałaś się do wyjścia i nagle przypomniałaś sobie, że trzeba coś ugotować), czy pidżamę, diamentyzawsze  masz na nadgarstku, szyi i w uszach. Co do gotowania, nie masz większych oporów w wyrzucaniu jedzenia. Z łatwością wyrzucasz połowę świeżego bochenka chleba, mięso, colę, słodycze. 

W pewnym momencie uświadamiasz sobie, że żyjesz z rodziną, ale jesteś gdzieś obok. Nie możesz znaleźć wspólnego tematu z córką, więc w wieku 40 lat zostajesz fanką One Direction i Davida Guetty, uczysz się ich tekstów na pamięć, żeby mieć o czym pogadać z dzieckiem. Starasz się zapchać lukę i nałogowo kupujesz dla nich ubrania, które w szafie muszą być ułożone 'jak w sklepie'; codziennie przebierasz dzieci trzy- lub czterokrotnie: do szkoły, w ciuchy po szkole, na zajęcia dodatkowe, i pidżama. Kładziesz duży nacisk na wychowanie dzieci, jednak Twoje metody są konwencjonalne. Kiedy Twoje dzieci nie mówią 'dziękuję' za podwiezienie ich do domu, rzucasz ich plecaki na trawnik, uciekasz orzed nimi do domu, zamykasz drzwi na zamek. One kopią w drzwi, zapłakane, a Ty oznajmiasz że nie wpuścisz ich do domu dopóki nie podziękują. 

W Twoim życiu są chwile radości, kiedy planujesz 4 wakacje w tym roku, ale są też sytuacje pełne stresu i ocierające się o kryminał. Kiedy wyjeżdżasz na wakacje i zapraszasz swoją nianię, żeby z Tobą pojechała, bo 'już kupiłaś jej bilet', a ta odmawia, grozisz wezwaniem policji (no bo wiadomo, ta pizda niania Cię oszukała) i wywalasz ją na zbity pysk. Żeby zachować jakieś resztki rozumu, skupiasz się na dbaniu o siebie. Ty i wszystkie Twoje koleżanki urodziłyście trójkę lub czwórkę dzieci a wyglądacie jak Anja Rubik. Masz obsesję kupowania ciuchów od projektantów, które nosisz dwa razy a potem oddajesz do sklepu pomimo fortuny na koncie. Na sam koniec odkrywasz, że w ciągu jednego dnia masz pierdylion awarii w domu i wzywasz fachowca do #wszystkiego. Jeden przychodzi naprawić pralkę, drugi sprawdza czy gaz się przypadkiem nie ulatnia, trzeci przyjedzie przestawić kilka mebli i... Wkręcić żarówkę. Tak. I wystawia za to fakturę. 

To, co tutaj opisałam to zbiór cech i zachowań, które zaobserwowałam w trakcie pracy jako niania u swojej szefowej. Lwia część tej historii to również obserwacje innych dziewczyn 'nianiujących'. Ten opis daje mi smutny obraz typowej amerykańskiej cholernie chujowej pani domu z wyższych sfer. Z takimi zachowaniami spotykam się przez 5 dni w tygodniu. Na pewno laska ma jakieś dobre cechy, jednak uwierzcie mi, że przy wszystkich moich staraniach, nie dostrzegłam jak do tej pory żadnej. Chciałam zaznaczyć, że nie potępiam matek 'siedzących w domu z dziećmi'. Ten wpis to pewien rodzaj ciekawostki kulturowej, o której nie powiedzą Wam żadne przewodniki. 

Pobyt tutaj nauczył mnie jednej bardzo ważnej rzeczy, mianowicie z każdego doświadczenia należy wyciągnąć jakąś pozytywną naukę. Teraz wiem, że nigdy, ale to nigdy nie doprowadzę mojego życia do punktu, gdzie jestem zależna kd kogoś i jadę na prozacu. Zawsze szukajcie nowych rozwiązań i inspiracji. Nie bójcie się marzyć i spełniać swoich marzeń. 

PS: oto foty zarejestrowane 'w pracy'. Worki zawierają jedzenie wywalane co dwa tygodnie. A pranie? Tyle prania wychodzi po 4 dniach wakacji trójki dzieci. Enjoy!



piątek, 21 listopada 2014

Jak przeprowadzić się do NYC i skleić sobie paznokcia?

Jak przygotować się na przeprowadzkę do NYC?

To pytanie słyszałam dość często przez ostatnie dwa lata, dlatego dzisiaj podpowiem Wam jak można zorganizować takie przedsięwzięcie na podstawie moich doświadczeń.

Zasada nr 1: Nowy Jork to nie Stany, Stany to nie Nowy Jork. Musicie mieć świadomość, że to co tutaj opisuję dotyczy tylko i wyłącznie NYC. Koszty utrzymania tutaj są znacznie wyższe niż np w LA, zarobki też są inne, wszystko jest inne. Nigdy nie starajcie się generalizować przypadku jakim jest Nowy Jork, bo realia tutaj są kompletnie odmienne od pozostałych stanów. Najważniejsza rzecz, to fakt że w Nowym Jorku wszystko jest bardziej, mocniej, drożej, mocniej, wyżej, biedniej, 'bogaciej'. Życie jest drogie, podatki są wyższe, ludzie pracują szybciej, czas leci szybciej, zarabiasz więcej, wydajesz więcej, itd. Dlatego jeśli ktoś próbował szukać w googlach informacji o życiu tutaj, frazy typu 'życie w stanach' absolutnie do niczego Was nie za-pro-wa-dzą. Ale po kolei. Co trzeba zrobić, żeby móc wyjechać?

Przede wszystkim należy przygotować się mentalnie. Przemebluj całe swoje nastawienie do świata, otwórz się na poznawanie nowych rzeczy, odważ się testować siebie w ekstramalnych sytuacjach miejskiej dżungli, zrób sobie tatuaż (joke, joke), naucz się uśmiechać (niesamowicie ważna rzecz w NYC) do siebie i do ludzi. Decydując się na emigrację niejako zgadzasz się na warunki i zwyczaje panujące w innym kraju. Nikt nie każe Ci skakać z radości ani robić pajacyków szczęścia odnośnie każdej informacji dotyczącej życia tutaj. Ja na dwa lata przed wyjazdem zrobiłam sobie tabelkę: w jednej kolumnie wpisałam Nowy Jork, w drugiej Polska a w trzeciej kategorie. Porównywałam #wszystko: system podatkowy, system edukacji, stopień trudności w ubieganiu się o wizę, możliwości znalezienia pracy, zarobki, mężczyzn (można puścić tutaj salwy śmiechu :)), podejście do odmienności/indywidualizmu, etc. Nowy Jork nie do końca 'wygrał' w moim rankingu, ale ponieważ jestem uparta, postanowiłam się sprawdzić i zdecydowałam się na przeprowadzkę. 

Kolejną kwestią były pieniądze. Napiszę krótko: na początek potrzebne jest ok. $9,000. Nie musi być dokładnie tyle, ale wiadomo, im więcej tym lepiej. Zakładając, że jedziecie tu sami, nie mając w Stanach rodziny, musicie pomyśleć o kwestii zakwaterowania przez pierwsze dwa tygodnie. Można skorzystać z hostelu albo hotelu i tutaj na dzień dobry wydajecie $1500. Szukając pracy i mieszkania, powiedzmy przez 2 tygodnie, musicie coś jeść, na pewno zechcecie trochę pozwiedzać (bilet do muzeum $25). Tutaj koszty kształtują się w granicach $600-$800. Kiedy już znajdziecie mieszkanie albo pokój, ceny wahają się od $900 za pokój do $2000 za M2 (oczywiście nie mówimy tu o Manhattanie a Queensie, ewentualnie jak nam się poszczęści gdzieś na Greenpoincie). Ci bardziej oszczędni zazwyczaj wędrują na Greenpoint i wynajmują łóżko na godziny. Oznacza to, że w mieszkaniu z 3 łóżkami jest 6 współlokatorów. Jedna trójka śpi w dzień, potem idzie do pracy na nocną zmianę. W tym. Zasie druga trójka śpi i regeneruje się do pracy na rano. To oczywiście jest już przykład patologiczny, ale uwierzcie mi, że widziałam takie miejsce na własne oczy. Wracając do wynajmu 'po ludzku', przygotujcie się na wydatek ok. $1000 plus depozyt czyli równowartość czynszu za jeden miesiąc; razem dwa tysiaki. Należy też kupić jakieś meble, bo pokoje rzadko kiedy są umeblowane. Na początek pójdzie Wam ok. $2000 na jakieś pierwsze meble. Razem mamy już ok. $6000 wydane, w kieszeni są $3000, ale musicie pamiętać o tym, że nie zawsze na początku znajdziecie super pracę. Czasem trzeba poczekać kilka tygodni, miesięcy, a tynku ze ścian nie chcemy przecież jeść. 

Ja na wyjazd odkładam pieniądze przez 2 lata. Oczywiście Rodzice pomogli mi i dołożyli swoją cegłę, ale lata od 2010 do 2012 wspominam jako najbardziej pouczające i traumatyczne w moim życiu. Byłam wtedy na studiach, przechodziłam kryzys pt. 'Mamo, rzucam te cholerne studia!' (nawet na 5 roku nie chciałam się bronić lol), udzielałam korków, pracowałam w trzech przedszkolach, pisałam pracę mgr. I tak przez 7 dni w tygodniu, ani jednego dnia wolnego. Wyłączyłam się z życia towarzyskiego (znajomi uznali, że zdziczałam), nie wdawałam się w żadne romanse (wyobraźcie sobie co by było gdyby jakiś lowelas zaczął jęczeć 'nie jedź, zostań' i tego typu farmazony), pracowałam kiedy byłam chora, zdołowana i zazdrosna o to że znajomi gdzieś balują a ja wycinam jakieś kolorowanki na angielski dla dzieci. Ale mimo to, żyłam swoim marzeniem. Wiedziałam, że NYC to miejsce dla mnie. Byłam zdeterminowana, żeby uskładać najwięcej kasy ile się da. Po prostu się nie poddałam. Bardzo pomagała mi w tym Mama, moja przyjaciółka Magoshta, siostra cioteczna Litka, Damian, Przemo! Nawet nie wiecie ile daliście mi wtedy wsparcia. Dziekuję! To chyba właśnie wtedy nauczyłam się jak być odpowiedzialną za swoje marzenia. 

Ostatni rozdział w przygotowaniach to kwestie administracyjne. Rozliczyć się z podatków, załatwić wizę, wykupić ubezpieczenie, rzucić pracę (lol), obronić pracę mgr, spisać pełnomocnictwa dla Rodziców u notariusza, i najważniejsze NIE BRAĆ ZE SOBĄ CAŁEGO SWOJEGO DOBYTKU. Ja przyjechałam z 6 bluzkami, jedną parą jeansów, jedną parą leggingsów, dwiema parami butów, kosmetykami i płytami bez których nie mogę żyć. Cały mój majdan mieścił się w walizce, dziś jestem na etapie 'nie kupuję więcej ubrań, bo nie mam miejsca w szafie' a ubrania przywiezione z Polski trzymam gdzieś w schowku. Nie dlatego, że są gorsze, bardziej z sentymentu wylądowały w specjalnym pudełku. Kiedyś po latach wyciągne te t-shirty i będę wspominać mówiąc pongliszem, że to są ubrania przywiezione z PL. 

Nie wiem czy ta notka coś pomogła. Gdybyście mieli jakieś konkretne pytania, bardzo chętnie napiszę vol. 2, więc wrzucajcie pytania w komentarzach. 

PS: właśnie tańczyłam w pokoju po całym dniu pracy i walnęłam paznokciem w buta. Czy można użyć super gluta żeby paznokieć się skleił? Help!

Pozdro 600,
A. 

środa, 19 listopada 2014

Survival w nowojorskim metrze.

W poniedziałek zepsuło się metro. Z powodu ogromnej ulewy, przestały jeździć pociągi i powrót do domu okazał się być walką z małolatami o miejsce na oddech w autobusie. Cała ta awaria, ulewa, walka i post-trauma zainspirowały mnie do napisania notki o metrze nowojorskim. Wiem, wiem, już kiedyś pisałam, że się podniecam jak jeżdżę metrem, ale dzisiaj mam całą dokumentację i dowody w postaci zdjęć robionych z ukrycia!

Metro w NYC jest przede wszystkim proste. Zrobione jak dla debila. Czytasz znaki i idziesz. Bardzo ciężko jest się zgubić, zawsze można też liczyć na pomoc innych pasażerów. Wchodząc do metra, płacisz $2,50 przesuwając słynną MetroCard w terminalu. Kartę można doładowywać w automatach przed wejściem do metra. Linie mają oznaczenia 'cyfrowe' (1,2,3) i literowe (od A do chyba Z). Jest kilka zasad dotyczących tego jak się poruszać pod ziemią:

1. Nie bierz głębokich oddechów, nie wdychaj zapachów, nie skupiaj się na 'aromatach', po prostu idz.
2. Szczury są stałym elementem krajobrazu pod ziemią. Po prostu nie zwracaj na nie uwagi.
3. Karaluchy tak samo.
4. Zawsze miej ze sobą płyn dezynfekujący do rąk. ZAWSZE.
5. Musisz używać tego płynu za każdym razem kiedy dotkniesz klamki, siedzenia, rury, szyby, itp.
6. Savoir-vivre ruchomych schodów na prawdę istnieje! Jeśli się NIE spieszysz, stoisz po prawej stronie schodów, natomiast Ci spóźnieni biegną lewą stroną.
7. Cokolwiek lub też kogokolwiek zobaczysz, nie patrz się na to dłużej jak sekundę.
8. Celebrities jeżdżą metrem. Należy dać im spokój, nie prosić o autografy ani wspólne selfiaki (jak to mawia Agata Młynarska). Zwykłe 'hi' powinno Cię zadowolić na całe życie.
9. Nie ma nic złego w noszeniu okularów przeciwsłonecznych w metrze. Tak na prawdę jest to wspaniała metoda na łamanie zasady nr. 7. Można wtedy gapić się na wszystkich dziwolągów bez końca.
10. Linia G, biegnąca przez Greenpoint, jest najkrótszą linią w NYC. Jeździ też najrzadziej. I kradną tam.
11. Nie dawaj pieniędzy żebrakom.

To chyba najbardziej podstawowe zasady dla każdego nowicjusza. Co do okazów występujących w metrze, można trafić na cudactwa. Tzw. Preachers bardzo często wchodzą do wagonu i zaczynają to swoje słynne 'Ladies and Gentlemen, chciałem Wam dzisiaj opowiedzieć o tym jak znalazłem wiarę w Boga'. Kiedyś jadąc z samego rana, wsiadł taki kaznodzieja do pociągu i jedna baba kazała mu się zamknąć, bo jest 5 rano i nie chce słuchać o Bogu. Turystów poznasz po szeroko otwartej gębie skierowanej, a właściwie wlepionej w mapę metra, kłócących się na całe gardło gdzie mają wysiąść. Zobaczycie tzw. wizażystki, czyli laski, które z samego rana wsiadają do metra z mokrymi włosami i robią makijaż. Coś ohydnego. Hipsterzy, albo po greenpoincku 'koczkodany na rowerach' to bardzo powszechny widok. Są też śpiochy, które nastawiają sobie budzik w fajfonie, żeby obudzić się na właściwej stacji. Zawsze będę miała sentyment do jednej drag queen, która przez jakiś czas regularnie jeździła ze mną tym samym pociągiem i o 5 rano przemieniała się w Tinę Turner. Śpiewała na całe gardło 'Simply the Best' i będąc już wyraźnie po kilku głębszych denerwowała się, że nikt z nią nie śpiewa. Jadąc linią L często traficie na widok ortodoksyjnego Żyda. Zazwyczaj nie siadają obok kobiet i modlą się przez całą podróż kiwając się w przód i w tył. Jeśli się nie modlą, to często wertują New York Post, najbardziej pro-żydowski dziennik nowojorski. Mi udało się zrobić zdjęcie takiego Żyda, który nie dość, że siedział koło kobiety, to jeszcze miał rozpięty rozporek. Z mniej przyjemnych 'atrakcji' to bezdomni. Widok ponury, niechwytający za serce a raczej zmuszający Cię do zatykania nosa. Kiedyś wsiadłam do jakiegoś przeklętego pociągu, bo w pierwszym wagonie siedział 'aromatyczny' Pan. Na następnej stacji przesiadłam się do drugiego wagonu i trafiłam na jeszcze bardziej śmierdzącego człowieka bezdomnego. Na trzeciej stacji, w trzecim wagonie to samo. Dopiero przy czwartej przesiadce mogłam pooddychać. Chyba najbardziej traumatyczną podróżą była ta z bezdomnym trupem. NN. Smród zgnitego ciała, ktoś krzyczący, że ten człowiek nie żyje. Coś okropnego. Nie wiem jak potoczyła się dalej ta historia, bo była szansa, że Pan sobie po prostu spał a ostatni prysznic brał w latach '90.

Właśnie odnośnie smrodu, to mam ziomka w metrze. Właściwie nie ziomek a jakiś psychol, którego nazwałam Muharadża z Pukadżi. Pan z Bliskiego Wschodu, w dowodzie ma chyba ze 100 lat i zawsze jeździ tą samą linią, tym samym metrem, o tej samej porze. Wybadał mnie kiedy na stacji siedział już mocno podgnity Pan bezdomny i wszyscy zatykali nosy. Ja, jak to ja, zaczęłam narzekać na głos na to, że nikt się nie zajmie tym człowiekiem i od tamtego momentu zaczął się rytuał. Na początku zawsze mówi 'hi'i rezerwuje dla mnie miejsce, żebym sobie siedziała. Jeżeli jest siedzenie dla niego, to siada koło mnie, a jak nie ma, to niczym pies ochroniarz stoi obok i pilnuje. Na koniec tej maskarady podaje mi rękę i życzy miłego dnia. I tak jest co tydzień we wtorki. Nie wiem czy tym uściskiem dłoni sprzedaje mi jakiegoś wąglika czy ebolę, więc na wszelki wypadek czyszczę ręce płynem dezynfekującym bardzo dokładnie.

Poniżej zamieszczam fotki robione ukradkiem w metrze. Moje ulubione to sesja drag queen, która wsiadła do pociągu lini E w dzielnicy gejowskiej. Była tak umęczona, że postanowiła rozłożyć się jak modelka. A wyszło trochę jak Marylin Monroe <3











poniedziałek, 17 listopada 2014

It's the hard knock life!

Idąc za ciosem, szybko wrzucam kolejną notkę, żeby wyrobić sobie nawyk regularnego pisania. Po 5 dniach pracy zostaje mi niedziela i poniedziałek na załatwienie wszystkich najważniejszych spraw. Ponieważ jestem nianią z tzw. "zamieszkaniem" (przez 5 dni w tyg mieszkam w Rodziną), przeznaczam ten czas na planowanie wszystkich rzeczy związanych z firmą. Z racji tego, że moja szefowa spędza całe dnie na zakupach, w salonach spa, na siłowni, na plotkach, w korkach, odbierając dzieci ze szkoły, zawożąc je na balet, koszykówkę, piłkę nożną, hokeja, przez prawie cały dzień jestem w domu sama. Ten czas przeznaczam na czytanie wszystkich podręczników dotyczących planowania ślubów. Naturalnie zajmuję się też pracą, a jakże! Tyle, że po dwóch latach pracy wiem jak szybko zrobić swoje a resztę dnia wygospodarować dla siebie. Na samym początku było mi bardzo ciężko. To co dzisiaj robię w 40 min (powiedzmy składanie ubrań dzieciaków), kiedyś zajmowało mi 2 godziny. Dochodziło do sytuacji gdzie pracowałam po 14h na dobę. Przez pierwszy rok byłam umęczona fizycznie: nie byłam w stanie wytrzymać bólu pleców, stóp, ręce drętwiały mi kiedy trzymałam w ręku jakiś przedmiot. Teraz jestem umęczona emocjonalnie. Atmosfera w domu jest tak fatalna i prawdopodobnie wynika to z wieku, w jaki wkraczają dzieci. Dwoje najstarszych ma już 13 i 11 lat, a to oznacza hormony, nienawiść do świata, "nienawidzę Cię Mamo", "nie chce mi się żyć", itp. Szefowa, kiedy zdarza się taka sytuacja, reaguje na różne sposoby. Najczęściej wrzeszczy (prosto do ucha), wymyśla kary typu "żadnego iPada, iPhona, iPoda i tv przez tydzień (phi, też mi kara…), daje klapsa, w ostateczności daje z liścia po pysku. It's the hard knock Jewish life, baby.

W związku z tym co widzę i niestety słyszę przez 5 dni w tygodniu, postanowiłam dzisiaj podjąć kroki do zmiany swojej sytuacji. Rzucam Królową Matkę (KM), w czym pomoże mi agencja pracy. W Nowym Jorku znajdziecie dużo agencji pośrednictwa, które pomagają w załatwianiu pracy dla młodych dziewczyn, które chcą "nianiować". Ja właśnie do takiej dzisiaj poszłam i NARESZCIE mogłam usiąść i spokojnie powiedzieć o jaką pracę chodzi MI. Ponieważ mam już doświadczenie, jest szansa, że znajdę zatrudnienie w jakimś spokojniejszym domu, w mniejszej rodzinie, mniej pierdolnietej. Do tego dochodzi zakładanie firmy. Obecnie pracuję nad wizją i misją mojego biznesu. Próbuję wymyślić co wyróżniałoby firmę, jakie atrakcje jestem w stanie zapewnić potencjalnym klientom. Aby to zrobić, muszę przede wszystkim zarejestrować firmę, wyrobić sobie tutejszy NIP, zapłacić podatek, ubezpieczenie, wyrobić portfolio, poszukać dostawców i założyć stronę internetową. Na początek jednak szkoła. Wybrałam The Association of Bridal Consultants, czyli Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych. Będąc członkiem tej organizacji możesz skończyć kurs dający Ci uprawnienia do wykonywania zawodu. Szkoła i Stowarzyszenie mają system punktowy: kończąc kurs dostajesz 25 ptk i dostajesz tytuł Certfied Wedding Planner. Wtedy można zacząć działać na rynku, ale jednocześnie (jak określiła to Magoshta "jak w simsach"), możesz zdobywać więcej punktów i wspinać się wyżej po drabinie kolejnych tytułów. Za każdy rok prowadzenia firmy dostajesz 1 ptk, za każdy udział w seminarium albo konferencji dostajesz prawdopodobnie 5 ptk. W trakcie takich spotkań (organizowanych na Florydzie w West Palm Beach) dostajesz zadania, np. wręczenie swojej wizytówki 50 różnym osobom. Za to oczywiście też dostajemy punkty i nasza pozycja w Stowarzyszeniu jest wyższa. Dodatkowo bierzesz udział w czymś bez czego w Stanach nie rozkręcisz biznesu czyli networking. Musisz tworzyć siatkę kontaktów, tak aby jak najwięcej osób o Tobie słyszało. Ciekawe czy mi się to uda. 


Wspominałam wcześniej, że pożeram całą literaturę związaną z planowaniem ślubów. Dla tych, których ten temat też kręci polecam WSZYSTKO wydane przez Judy Allen. Allen jest guru w dziedzinie planowania wydarzeń (nie tylko wesel), wydała mnóstwo podręczników, w których zawarte są wskazówki dotyczące tego na co profesjonalny event planner musi zwrócić uwagę. Liczy się #wszystko: ilość gniazdek w sali weselnej, jakość parkietu, czystość toalet, wielkość sali, czy budynek w którym wynajmujemy pomieszczenie ma związki zawodowe (zawsze istnieje ryzyko strajku), a nawet to czy żyrandol dyndający w sali balowej jest wykonany z kryształów (wg Allen taki żyrandol jest bardzo hałaśliwy i przeszkadza podczas przemówień). Dzisiaj niestety nie dałam rady poczytać zbyt wiele, ponieważ czas, który miałam przeznaczyć na naukę spędziłam w gigantycznym korku. Z powodu okropnej ulewy zepsuło się metro i byłam skazana na autobusy (4 przesiadki). Jechałam z dzieciarnią, która mnie non stop popychała (aż musiałam wrzeszczeć z mimiką ala Jim Carrey "stop pushing ME!"), jakaś czarna młodzież z Jamaica (czarna dzielnica na Queensie) chciała tańczyć w autobusie, a ja i inna pasażerka (po akcencie pomyślałam, że Rosjanka), krzyczałyśmy na całe gardło "dzieci! zdejmijcie plecaki, wtedy będzie więcej miejsca". Nikt plecaka nie zdjął. Nie wiem czy wynika to z ignorancji, debilizmu, czy chamstwa. Swoją drogą, chyba jeszcze nie słyszałam tylu nastolatków wrzeszczących na cały autobus przekleństwa. Ah, ta młodzież. 

Trzymajcie się ciepło,
A.

niedziela, 16 listopada 2014

Pierwszy wpis.

Nie wiem jak zacząć pierwszy wpis. Niby mam wprawę, bo kiedyś z dużym powodzeniem prowadziłam już "życiowe przeżycia", ale po roku opisywania moich początków w Nowym Jorku wypaliłam się. Na szczęście, nadzieja i wena umierają ostatnie, czego dowodem jest mój powrót. Dla tych, którzy są tutaj pierwszy raz i zastanawiają się czy czytać dalej:

Mam na imię Agnieszka. 2 lata temu wyjechałam z Polski, aby realizować swoje marzenia. Zostawiłam z wielkim bólem Rodzinę, przyjaciół, pracę w przedszkolu, 12 uczniów (niczym Apostołowie) z korków od angielskiego, wszystkie kompleksy, obawy i wyruszyłam w podróż. Do NYC przyleciałam na 2 tygodnie przed słynnym huraganem Sandy i zaczęłam swoją przygodę na Greenpoincie (tak, tak, każdy tam zaczyna). Ze względu na zbliżający się kataklizm byłam zmuszona szukać mieszkania i pracy w tempie ekspresowym, na szczęście udało mi się znaleźć fajny pokój na Queensie. W tym samym czasie udało mi się znaleźć pracę jako niania dla trójki żydowskich dzieci. Praca okazała się być bardzo specyficzna, bo upstrzona milionem nakazów i zakazów obowiązujących w czasie szabasu. Pracując jako niania przechodziłam prawdopodobnie przez wszystkie stany emocjonalne i etapy wtajemniczenia. Spotykały mnie sytuacje śmieszne, smutne (pierwsza kara dla dzieci…), wzruszające (pierwsze kartki na urodziny od dzieci, naturalnie z Gwiazdą Dawida), poniżające (chwile kiedy dzieci wpadały w szał i wrzeszczały matce do słuchawki, żeby mnie zwolniła) i zaskakujące. Przechodziłam przez chwile smutku, tęsknoty, zakochiwania się, odkochiwania się, bycia odrzuconą, strachu o utratę pracy, pracoholizmu, totalnego lenistwa, egoizmu, chęci rzucenia pracy i wykrzyczenia szefowej prosto w twarz co o niej myślę, radości, pijaństwa, obżarstwa, głodu i co gorsza publicznego ryczenia na środku Times Square i w metrze (uwierzcie mi, okropnie poniżająca chwila). 

Od tamtej chwili minęły 2 lata. Obecnie jestem na etapie…nie wiem jak go nazwać, ale na pewno jest to okres szczególny w moim życiu. Jestem na etapie, gdzie wreszcie się nie boję. Nie boję się, że mnie zwolnią (bo mnie nie zwolnią lol), nie boję się rzucić pracy, nie boję się huraganów, nie boję się o przyszłość. Z optymizmem patrzę na to, co czeka mnie w nowym roku. Doszłam do momentu, kiedy mogę pójść do szkoły, spełniać marzenia swoje i innych.

Na początku chciałam piec ciasta. Tak jak Buddy Valastro czy inny maestro cukiernictwa. Potem dowiedziałam się, że szkoła kosztuje $50,000 rocznie, a w tej pracy musisz być na nogach o 4 nad ranem. Dlatego zaczynam coś nowego. Wedding Planning. Właśnie tutaj, na tym blogu, będę opisywała Wam moją przygodę w walce o marzenia. O tym jak zakładam firmę, która w przeciągu 6 lat stanie się jedną z lepszych w Nowym Jorku. Będę pisała o szkole, trochę o pracy niani. Nie wiem czy komuś to umili czas, ale na pewno otworzy oczy wszystkim tym, którzy myślą, że się nie da. Musi się udać. Trzymajcie kciuki i zaglądajcie!

Pozdro 600,
A.