Jezu, nie mogłam się powstrzymać i musiałam dać wpis o KM. Jeżeli myśleliście, że urodziny jej córki i wszystkie jej fanaberie w poprzednim tygodniu to jej szczyt, jak zwykle w tym miejscu się mylicie!
Poziom lansu i chamstwa w tym tygodniu sięgnął wyżej niż wierzchołek Kilimandżaro, ba być może nawet dosięgnął chmury, na której spoczywa sobie jej Bóg (chociaż Żydzi w niebo nie wierzą swoją drogą). Tydzień zaczął się parszywie. Po urodzinach gnojówy, we wtorek jechałam do pracy z gorączką 38.3. Poczułam się źle już w nocy, więc było już za późno żeby pisać smsiaki z KM. Rani w metrze kaszlałam tak bardzo, że łzy same ciekły mi po policzkach z bólu. Do tego znowu musiałam zwiewać przed nawiedzonym Maharadżą, któremu swoją drogą zrobiłam zdjęcie. Postanowiłam, że jego zachowanie jest co najmniej obleśne i w przypadku gdy ktoś mnie porwie, on będzie pierwszym podejrzanym. Zdjęcie wrzuciłam na fb, znajomi wiedzą że w razie godziny 'W' mają dzwonić na policję i pokazać zdjęcie tego człenia. No więc kiedy Maharadża zobaczył mnie, akurat sięgałam do torby po Apap i oczywiście właśnie w tym momencie zaczął proponować mi wolne miejsce. Przegoniłam go, ale uparł się i w pociągu siedział całą podróż na przeciwko mnie i patrzył na ten mój kaszel i moje łzy. Wychodząc z metra podarował sobie już ściskanie ręki, ale życzył powrotu do zdrowia. Kiedy dojechałam do KM, okazało się że jej córka jest dokładnie w takim samym stanie i musiała zostać w domu. Kiedy dzieci w domu u KM zostają w domu przez chorobę oznacza to dwie rzeczy: 1. Ty pracujesz i robisz wszystko to, co jest zaplanowane na dany dzień nie mając ani chwili dla siebie. 2. Dziecko wrzeszczy Ci co 30 minut z pytaniem czy już masz przerwę, bo ono chce się bawić i Mama kazała się z nim bawić, więc tym bardziej nie masz chwili dla siebie. Mała jednak tym razem była tak osowiała, że jedyne na co miała ochotę to odciskanie swojego pośladka na kanapie i gapienie się w telewizor. Dokładnie w tym samym dniu zaczynała się Hannukah, czyli żydowska Gwiazdka. Niezmiennie od 3 lat trwa spór między mną a dziećmi KM, które twierdzą że Hannukah jest ogólnie rzecz biorąc bardziej zajebista. Absolutnie się nie zgadzam, bo pomimo 8 dni dostawania fantów pod rząd, nie ma magii Mikołaja ani choinki. Bajki są tylko i wyłącznie o Christmas, nawet Kevin sam w Domu nie ma w sobie elementów Hannuki. Pod wieczór byłam już tak przyćpana Apapem, aspiryną, gripexem, że doszłam do etapu gdzie wydawalo mi się, że jedynie beton w tabletkach jest w stanie mnie uratować. Nie mogłam otworzyć oczu, bolała mnie głowa od żarówek w kuchnii. A mimo to, około godziny 19 KM poinformowała mnie, że za godzinkę przyjdą jej starzy i żebym jej pomogła. Doskonale wiedziała jak się czuję, a mimo to trzymała mnie w pracy do 20.30. Kiedy przyszli dziadkowie, zaczęło się odpakowywanie prezentów, które zachwyciły średnio, zresztą jak co roku. Dziadek non stop kazał mi uważać, żebym nie wyrzuciła jakiegoś prezentu kiedy zbierałam puste torebki. Chyba myślał, że ma przed sobą cielemana, ale powiedziałam mu, żeby dał już spokój i się obraził.
Mój stan pogarszał się z dnia na dzień, z godziny na godzinę. W nocy temperatura sięgała 38.7, ale mimo to wytrwale wstawałam codziennie o 5.50 i robiłam swoje. Dopiero koło czwartku KM zapytała czy mi lepiej i kiedy powiedziałam, że nie i chyba muszę wrócić do domu, przeraziła się, dała mi połowę swoich leków i muszę przyznać że postawiły mnie na nogi. Dzisiaj jest mi już o niebo lepiej. Za to dzisiaj, lansiarstwo nabrało nowego znaczenia w domu KM. Od dzisiaj robienie się na bóstwo należy rozumieć jako 'bycie zajętą' i 'ciężką pracą'. Jak co sobotę, KM wyszykowała się rano do synagogi, po której miała oblecieć 3 lunche u znajomych. Wiecie, w jednym domu zje to, w drugim tamto, w trzecim czegoś się napije a przez ten cały czas mieli ozorem o bzdurach. Kiedy przyszła do domu o 15, zapowiedziała że za 2h przychodzi fryzjer, wizażystka i stylista, bo ona idzie na przyjęcie do znajomych. Cała trójca rozłożyła swój sprzęt w kuchni. Wizażystka na stole, fryzjer przyjechał z walizką pełną jakiś doczepianych włosów, suszarek, lokówek, lakierów, itd, a stylista przywiózł wieszak. Wyglądało to komicznie, bo w tym samym czasie laska maziała twarz KM pędzlami, fryzjer kręcił jej loki, a stylista pokazywał kreacje. KM patrzyła na każdą suknie i mówiła tylko 'tak', 'nie', 'może'. Jednocześnie wszystkie dzieci zrobiły się głodne, więc ja robiłam dzieciom kolację. Na koniec posiłku najmłodszy syn KM zapytał ją dlaczego ona nie zrobiła mu jedzenia. Mama odparła, że teraz jest zajęta i ciężko pracuje.
3h później pod dom przyjechała limuzyna, KM stała odjebana w drzwiach i robiła sobie sweet focie z mężem. W tym czasie jej syn prosił o to, żeby położyła go spać, ale chyba udała że tego nie słyszy. Zrobiłam to później ja, ale musiałam mu obiecać że wyślę smsa do Mamy z informacją, że kiedy wróci, zajrzy do niego.
Nie mam żadnego morału, bo chyba za bardzo mnie zatkał poziom lansu i chamstwa. Dlatego w tym miejscu pragnę jedynie podziękować wynalazcom Apapu, Tiocodinu, Gripexu, Aspiryny, Orofar Max i Motrin. jesteście wielcy!
Pozdro 600,
A.