Dzisiaj będzie śmiesznie i niedorzecznie, bo napiszę o tym jak spędzam święta. Śmiesznie, bo jestem ateistką, a niedorzecznie bo moja wizja świąt ma się nijak do tej, którą można zobaczyć w wigilijnym odcinku 'Klanu', 'Złotopolskich', 'Prawie Agaty', czy nawet w Waszych domach.
Od 3 lat święta spędzam tutaj, bez Rodziców. Jest to najgorszy element w całej tej układance. Uwierzcie mi, że nie ma nic fajowego w Wigilii przez Skype, gdzie w Polsce jest 18 a u Ciebie dopiero południe. Niestety, moja praca osiąga największą instentywność właśnie w grudniu, więc jakiekolwiek wyjazdy nie wchodzą w grę. Na szczęście w Stanach święta trwają 2 dni, mało kto bawi się w długie weekendy, bo przecież hajs musi skądś płynąć na te wszystkie dobra.
Ponieważ od samego dzieciństwa przeraża mnie kolęda 'Jezus Malusieńki' o tym jak dziecko leży w żłobie nagusienkie, płacze z zimna a matula nie ma dla niego sukieneczki, od tamtego czasu mam lekki uraz do świąt. Nie celebruję ich w wymiarze religijnym. Kompletnie odrzuciłam wszystko co wiąże się z koszmarem z lat młodości. Nie dzielę się opłatkiem, nie bawię się w żadne śluby kościelne, bycie chrzestną, itd. Do tego dochodzi wizja pokrwawionego Pana, własnie tego malusieńkiego w żłobie, wiszącego na krzyżu, która prześladowała mnie przez wszystkie lata szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum i na moje nieszczęście studiów (swoją drogą do dzisiaj unikam jakichkolwiek krzyży: nie noszę żadnej biżuterii z tym symbolem, również w moim domu krzyże nie istnieją). Przerażają mnie pijane pasterki (w przypadku mojej parafii) i pytania zadawane w szkole czy byłam w kościele o północy. Pamiętam, że kiedy mówiłam asertywnie, że nie bo bałam się bandy pijanych ludzi, wszyscy jakoś dziwnie na mnie patrzyli (no ale sami pomyślcie: kto rozsądnie myślący pcha się w tłum pijaków udających jakieś modły, na litość). Panicznie boję się zostawiania wolnego miejsca przy stole dla wędrowca, bo kurwa nie wiadomo czy Ci do domu nie przyjdzie jakiś złodziej, morderca czy gwałciciel. Podszyje się za bezdomnego a na koniec okaże się, że pod płaszczem ma maczetę i solniczkę. Wszystko to żeby Cię pokroić na kawałki, ugotować, przyprawić solą i dopchać karpiem, którego sama przygotowałaś. Ah, no i oczywiście gotowanie! Absolutnie nie bawię się w 12 potraw. Nie znajdziecie u mnie nawet 6 tradycyjnych potraw. Nie jestem fanką choinki, chociaż w tamtym roku coś mnie podkusiło i kupiłam żywą bestię. W tym roku zrezygnowałam z drzewa w domu.
Jak więc wyglądają Święta w moim wydaniu? Pogańsko, bestialsko, sam Nergal by się cieszył? NIE! Przede wszystkim uzbrajam się wpodstawowy zestaw przetrwania, tj. $500 i asertywność. Te pięć stówek odkładam już na miesiąc przed świętami i wykorzystuje je na dopieszczanie siebie. Święta to święta, więc wykupuję wtedy polowę pakietów pielęgnacyjnych w Red Door Spa przy 5 Alei. Fryzjer, maseczki, masaż, brwi to pakiet podstawowy. Czuję się wypoczęta, zrelaksowana a zazwyczaj jakaś miła Pani w salonie zaproponuje mi zabieg gratis (rok temu dałam się namówić na jakąś maszynę wysysającą cellulit z ud i do dzisiaj nie ma po nim ani śladu). Jest to dla mnie bardzo ważny czas, bo wtedy wszystko podsumowuję. Skupiam się na pozytywnych rzeczach, nie kłócę się z nikim przy stole, nie obrażam się na nikogo ani nie obrażam innych. Kupuję na święta zestaw książek, filmów i 6 butelek wina. Wspominałam jeszcze o asertywności. To jest kolejny element mojej zbroi, bo kiedy tylko spotykam jakiekolwiek przedstawiciela Polonii i zaczyna się temat świąt, rozmowa wygląda tak:
Polonia: Obchodzisz w tym roku święta?
Ja: Nie.
P: Jak to?!
Ja: Ja ni obchodzę świąt w sensie religijnym, jestem ateistką. Mam wtedy po prostu wolne.
P: No ale to co wtedy jesz? (Czaicie takie pytanie? Bardzo często pada)
Ja: Zamawiam sobie wcześniej kawałek jakieś cielęciny, ulubione sałatki, dania i przywożą mi do domu.
P: No a kolędy? Nie śpiewasz?
Ja: Nie.
P: (krępująca cisza) no ja obchodzę, bo potrzebuję połączyć się z Bogiem.
Ja: Ok, fajnie.
P: No ale do Kościoła nie idziesz?
Ja: Nie, odpoczywam wtedy w domu albo w spa.
P: aha. Muszę lecieć.
I tyle. Odstraszam ludzi, wiem o tym. Tzn inaczej, odstrasza ich moja asertywność, ale nie jest to mój problem. Uważam, że moja wizja świąt ma się nijak do tych jakie organizuje moja Mama, ale myślę że wcale nie jest tak źle. Do pracy wracam wypoczęta, wyspana, nieprzejedzona, po prostu jest mi dobrze. I tego właśnie Wam życzę! Twórzcie świat dokoła siebie w taki sposób, żeby to Wam było fajnie. Mam gdzieś w marzeniach święta za jakies 10 lat w stylu Marthy Stewart z własnoręcznie wykonanymi ozdobami i ekologicznym żarciem i 20 gośćmi, i żeby w ogóle była z nami telewizja i Pani Reporterka powiedziałaby że to kolacja roku. Ale znając mnie skończyłoby się na pożarze, wizycie policji, moich Rodziców z minami w stylu 'coś Ty dziecko narobiła' i karetką pogotowia pred domem. Eh, przynajmniej wyszłaby fajna notka :) co do podsumowań, jeszcze przyjdzie na to czas i na pewno taki wpis pojawi się na blogu. Będzie pełen miłych, milusich wręcz, cudownych i pozytywnych rzeczy, więc tym mniej wytrwałym emocjonalnie zalecam wszelkie leki na niestrawność i chodzące gule.
Pozdro 600,
A.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz