środa, 19 listopada 2014

Survival w nowojorskim metrze.

W poniedziałek zepsuło się metro. Z powodu ogromnej ulewy, przestały jeździć pociągi i powrót do domu okazał się być walką z małolatami o miejsce na oddech w autobusie. Cała ta awaria, ulewa, walka i post-trauma zainspirowały mnie do napisania notki o metrze nowojorskim. Wiem, wiem, już kiedyś pisałam, że się podniecam jak jeżdżę metrem, ale dzisiaj mam całą dokumentację i dowody w postaci zdjęć robionych z ukrycia!

Metro w NYC jest przede wszystkim proste. Zrobione jak dla debila. Czytasz znaki i idziesz. Bardzo ciężko jest się zgubić, zawsze można też liczyć na pomoc innych pasażerów. Wchodząc do metra, płacisz $2,50 przesuwając słynną MetroCard w terminalu. Kartę można doładowywać w automatach przed wejściem do metra. Linie mają oznaczenia 'cyfrowe' (1,2,3) i literowe (od A do chyba Z). Jest kilka zasad dotyczących tego jak się poruszać pod ziemią:

1. Nie bierz głębokich oddechów, nie wdychaj zapachów, nie skupiaj się na 'aromatach', po prostu idz.
2. Szczury są stałym elementem krajobrazu pod ziemią. Po prostu nie zwracaj na nie uwagi.
3. Karaluchy tak samo.
4. Zawsze miej ze sobą płyn dezynfekujący do rąk. ZAWSZE.
5. Musisz używać tego płynu za każdym razem kiedy dotkniesz klamki, siedzenia, rury, szyby, itp.
6. Savoir-vivre ruchomych schodów na prawdę istnieje! Jeśli się NIE spieszysz, stoisz po prawej stronie schodów, natomiast Ci spóźnieni biegną lewą stroną.
7. Cokolwiek lub też kogokolwiek zobaczysz, nie patrz się na to dłużej jak sekundę.
8. Celebrities jeżdżą metrem. Należy dać im spokój, nie prosić o autografy ani wspólne selfiaki (jak to mawia Agata Młynarska). Zwykłe 'hi' powinno Cię zadowolić na całe życie.
9. Nie ma nic złego w noszeniu okularów przeciwsłonecznych w metrze. Tak na prawdę jest to wspaniała metoda na łamanie zasady nr. 7. Można wtedy gapić się na wszystkich dziwolągów bez końca.
10. Linia G, biegnąca przez Greenpoint, jest najkrótszą linią w NYC. Jeździ też najrzadziej. I kradną tam.
11. Nie dawaj pieniędzy żebrakom.

To chyba najbardziej podstawowe zasady dla każdego nowicjusza. Co do okazów występujących w metrze, można trafić na cudactwa. Tzw. Preachers bardzo często wchodzą do wagonu i zaczynają to swoje słynne 'Ladies and Gentlemen, chciałem Wam dzisiaj opowiedzieć o tym jak znalazłem wiarę w Boga'. Kiedyś jadąc z samego rana, wsiadł taki kaznodzieja do pociągu i jedna baba kazała mu się zamknąć, bo jest 5 rano i nie chce słuchać o Bogu. Turystów poznasz po szeroko otwartej gębie skierowanej, a właściwie wlepionej w mapę metra, kłócących się na całe gardło gdzie mają wysiąść. Zobaczycie tzw. wizażystki, czyli laski, które z samego rana wsiadają do metra z mokrymi włosami i robią makijaż. Coś ohydnego. Hipsterzy, albo po greenpoincku 'koczkodany na rowerach' to bardzo powszechny widok. Są też śpiochy, które nastawiają sobie budzik w fajfonie, żeby obudzić się na właściwej stacji. Zawsze będę miała sentyment do jednej drag queen, która przez jakiś czas regularnie jeździła ze mną tym samym pociągiem i o 5 rano przemieniała się w Tinę Turner. Śpiewała na całe gardło 'Simply the Best' i będąc już wyraźnie po kilku głębszych denerwowała się, że nikt z nią nie śpiewa. Jadąc linią L często traficie na widok ortodoksyjnego Żyda. Zazwyczaj nie siadają obok kobiet i modlą się przez całą podróż kiwając się w przód i w tył. Jeśli się nie modlą, to często wertują New York Post, najbardziej pro-żydowski dziennik nowojorski. Mi udało się zrobić zdjęcie takiego Żyda, który nie dość, że siedział koło kobiety, to jeszcze miał rozpięty rozporek. Z mniej przyjemnych 'atrakcji' to bezdomni. Widok ponury, niechwytający za serce a raczej zmuszający Cię do zatykania nosa. Kiedyś wsiadłam do jakiegoś przeklętego pociągu, bo w pierwszym wagonie siedział 'aromatyczny' Pan. Na następnej stacji przesiadłam się do drugiego wagonu i trafiłam na jeszcze bardziej śmierdzącego człowieka bezdomnego. Na trzeciej stacji, w trzecim wagonie to samo. Dopiero przy czwartej przesiadce mogłam pooddychać. Chyba najbardziej traumatyczną podróżą była ta z bezdomnym trupem. NN. Smród zgnitego ciała, ktoś krzyczący, że ten człowiek nie żyje. Coś okropnego. Nie wiem jak potoczyła się dalej ta historia, bo była szansa, że Pan sobie po prostu spał a ostatni prysznic brał w latach '90.

Właśnie odnośnie smrodu, to mam ziomka w metrze. Właściwie nie ziomek a jakiś psychol, którego nazwałam Muharadża z Pukadżi. Pan z Bliskiego Wschodu, w dowodzie ma chyba ze 100 lat i zawsze jeździ tą samą linią, tym samym metrem, o tej samej porze. Wybadał mnie kiedy na stacji siedział już mocno podgnity Pan bezdomny i wszyscy zatykali nosy. Ja, jak to ja, zaczęłam narzekać na głos na to, że nikt się nie zajmie tym człowiekiem i od tamtego momentu zaczął się rytuał. Na początku zawsze mówi 'hi'i rezerwuje dla mnie miejsce, żebym sobie siedziała. Jeżeli jest siedzenie dla niego, to siada koło mnie, a jak nie ma, to niczym pies ochroniarz stoi obok i pilnuje. Na koniec tej maskarady podaje mi rękę i życzy miłego dnia. I tak jest co tydzień we wtorki. Nie wiem czy tym uściskiem dłoni sprzedaje mi jakiegoś wąglika czy ebolę, więc na wszelki wypadek czyszczę ręce płynem dezynfekującym bardzo dokładnie.

Poniżej zamieszczam fotki robione ukradkiem w metrze. Moje ulubione to sesja drag queen, która wsiadła do pociągu lini E w dzielnicy gejowskiej. Była tak umęczona, że postanowiła rozłożyć się jak modelka. A wyszło trochę jak Marylin Monroe <3











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz