poniedziałek, 24 listopada 2014

I've Got 99 Problems But a B**** Ain't One

Wyobraź sobie taką scenę: rodzinny obiad w żydowskiej rodzinie, sobota, szabas. Przy stole siedzi dziadek, polski Żyd, babcia (też polskie korzenie), córka (dalej nazywana KM albo laska), jej mąż i trójka dzieci. Wszyscy jedzą obiad w ciszy, nikt się do nikogo nie odzywa, słychać tylko brzdęk sztućców. Milczenie przerywa dziadek, który nagle ni stąd, ni zowąd palnie na cały głos: 'Mam na koncie $10 mln, ale i tak nikomu z tego nic nie zostawię. Wszystko przepiszę na wnuki'. KM nieruchomieje, jej mąż zastyga, babcia je dalej, bo jej aparat słuchowy dzisiaj działa gorzej i nic nie słyszy, a dzieci mają to w dupie. 

Ta sytuacja wydarzyła się na prawdę. Postaw się na moment na miejscu laski i przeanalizuj swoją sytuację. Wyszłaś za mąż bez większych dokonań, kasa zawsze płynęła od ojca. Skończyłaś jakieś tam studia, za które naturalnie zapłacił ojciec, spotkałaś faceta, a ten zapewnił Ci taki komfort życia, że już nigdy nie musisz iść do pracy. Przez pierwsze lata bawisz się świetnie: urządzasz dom, doskonalisz umiejętności kulinarne, zachodzisz w trzy ciąże, chodzisz na siłownie i masz prywatnego trenera, który sprawia, że po trójce dzieci nie masz ani grama cellulitu w wieku 40 lat. 

Od samego początku bycia 'perfekcyjną panią domu' starasz się szukać najprostszych rozwiązań w prowadzeniu domu. Zatrudniasz sprzątaczkę, nianię do starszych dzieci, pielęgniarkę do noworodka (żebyś nie musiała wstawać w nocy), zakupy dowożą Ci do domu tak żebyś nie musiała biegać po sklepach bez końca, ogrodnik przychodzi raz w tygodniu zadbać o ogród, a Ty dostajesz pierdolca. Zwalniasz już 15 nianię (to są 'fakty autentyczne') i stwierdzasz, że przyszedł czas na wizytę u lekarza po pierwszą dawkę prozacu albo xanaxu.

Mija 10 lat od ślubu a Ty tkwisz w sytuacji, gdzie dzieci denerwują Cię do tego stopnia, że w czasie ich choroby wychodzisz 'na chwilę', a wracasz po 7h. Dzieci zostają wtedy z nianią, która organizuje zabawę 'namalujmy Mamie laurki, żeby poprawił się jej humor'. Twoje dzieci w laurkach piszą, że jesteś fajną Mamą i kochają Cię, bo dajesz im super drogie prezenty. Cała trójka ma iPady, iPody, i fajfony, a do tego szafy zapełnione ubraniami od projektantów. Kiedy już wracasz do domu, nie wiadomo skąd, bierzesz się za gotowanie. Po 10 latach to już staje się rutyną i nie masz siły gotować na bieżąco. Wybierasz najprostsze rozwiązania i np. w piątek gotujesz na twardo 12 jajek na twardo, wkładasz do pojemnika i zakładasz, że to będzie starczyło na lunch dla dzieci do środy. Można sobie tylko wyobrazić jak szaro-niebieskie są te jajka koło wtorku. Gotujesz naturalnie w diamentach. Nieważne czy masz na sobie dres, suknię od Oscara de la Renty (bo akurat wyszykowałaś się do wyjścia i nagle przypomniałaś sobie, że trzeba coś ugotować), czy pidżamę, diamentyzawsze  masz na nadgarstku, szyi i w uszach. Co do gotowania, nie masz większych oporów w wyrzucaniu jedzenia. Z łatwością wyrzucasz połowę świeżego bochenka chleba, mięso, colę, słodycze. 

W pewnym momencie uświadamiasz sobie, że żyjesz z rodziną, ale jesteś gdzieś obok. Nie możesz znaleźć wspólnego tematu z córką, więc w wieku 40 lat zostajesz fanką One Direction i Davida Guetty, uczysz się ich tekstów na pamięć, żeby mieć o czym pogadać z dzieckiem. Starasz się zapchać lukę i nałogowo kupujesz dla nich ubrania, które w szafie muszą być ułożone 'jak w sklepie'; codziennie przebierasz dzieci trzy- lub czterokrotnie: do szkoły, w ciuchy po szkole, na zajęcia dodatkowe, i pidżama. Kładziesz duży nacisk na wychowanie dzieci, jednak Twoje metody są konwencjonalne. Kiedy Twoje dzieci nie mówią 'dziękuję' za podwiezienie ich do domu, rzucasz ich plecaki na trawnik, uciekasz orzed nimi do domu, zamykasz drzwi na zamek. One kopią w drzwi, zapłakane, a Ty oznajmiasz że nie wpuścisz ich do domu dopóki nie podziękują. 

W Twoim życiu są chwile radości, kiedy planujesz 4 wakacje w tym roku, ale są też sytuacje pełne stresu i ocierające się o kryminał. Kiedy wyjeżdżasz na wakacje i zapraszasz swoją nianię, żeby z Tobą pojechała, bo 'już kupiłaś jej bilet', a ta odmawia, grozisz wezwaniem policji (no bo wiadomo, ta pizda niania Cię oszukała) i wywalasz ją na zbity pysk. Żeby zachować jakieś resztki rozumu, skupiasz się na dbaniu o siebie. Ty i wszystkie Twoje koleżanki urodziłyście trójkę lub czwórkę dzieci a wyglądacie jak Anja Rubik. Masz obsesję kupowania ciuchów od projektantów, które nosisz dwa razy a potem oddajesz do sklepu pomimo fortuny na koncie. Na sam koniec odkrywasz, że w ciągu jednego dnia masz pierdylion awarii w domu i wzywasz fachowca do #wszystkiego. Jeden przychodzi naprawić pralkę, drugi sprawdza czy gaz się przypadkiem nie ulatnia, trzeci przyjedzie przestawić kilka mebli i... Wkręcić żarówkę. Tak. I wystawia za to fakturę. 

To, co tutaj opisałam to zbiór cech i zachowań, które zaobserwowałam w trakcie pracy jako niania u swojej szefowej. Lwia część tej historii to również obserwacje innych dziewczyn 'nianiujących'. Ten opis daje mi smutny obraz typowej amerykańskiej cholernie chujowej pani domu z wyższych sfer. Z takimi zachowaniami spotykam się przez 5 dni w tygodniu. Na pewno laska ma jakieś dobre cechy, jednak uwierzcie mi, że przy wszystkich moich staraniach, nie dostrzegłam jak do tej pory żadnej. Chciałam zaznaczyć, że nie potępiam matek 'siedzących w domu z dziećmi'. Ten wpis to pewien rodzaj ciekawostki kulturowej, o której nie powiedzą Wam żadne przewodniki. 

Pobyt tutaj nauczył mnie jednej bardzo ważnej rzeczy, mianowicie z każdego doświadczenia należy wyciągnąć jakąś pozytywną naukę. Teraz wiem, że nigdy, ale to nigdy nie doprowadzę mojego życia do punktu, gdzie jestem zależna kd kogoś i jadę na prozacu. Zawsze szukajcie nowych rozwiązań i inspiracji. Nie bójcie się marzyć i spełniać swoich marzeń. 

PS: oto foty zarejestrowane 'w pracy'. Worki zawierają jedzenie wywalane co dwa tygodnie. A pranie? Tyle prania wychodzi po 4 dniach wakacji trójki dzieci. Enjoy!



piątek, 21 listopada 2014

Jak przeprowadzić się do NYC i skleić sobie paznokcia?

Jak przygotować się na przeprowadzkę do NYC?

To pytanie słyszałam dość często przez ostatnie dwa lata, dlatego dzisiaj podpowiem Wam jak można zorganizować takie przedsięwzięcie na podstawie moich doświadczeń.

Zasada nr 1: Nowy Jork to nie Stany, Stany to nie Nowy Jork. Musicie mieć świadomość, że to co tutaj opisuję dotyczy tylko i wyłącznie NYC. Koszty utrzymania tutaj są znacznie wyższe niż np w LA, zarobki też są inne, wszystko jest inne. Nigdy nie starajcie się generalizować przypadku jakim jest Nowy Jork, bo realia tutaj są kompletnie odmienne od pozostałych stanów. Najważniejsza rzecz, to fakt że w Nowym Jorku wszystko jest bardziej, mocniej, drożej, mocniej, wyżej, biedniej, 'bogaciej'. Życie jest drogie, podatki są wyższe, ludzie pracują szybciej, czas leci szybciej, zarabiasz więcej, wydajesz więcej, itd. Dlatego jeśli ktoś próbował szukać w googlach informacji o życiu tutaj, frazy typu 'życie w stanach' absolutnie do niczego Was nie za-pro-wa-dzą. Ale po kolei. Co trzeba zrobić, żeby móc wyjechać?

Przede wszystkim należy przygotować się mentalnie. Przemebluj całe swoje nastawienie do świata, otwórz się na poznawanie nowych rzeczy, odważ się testować siebie w ekstramalnych sytuacjach miejskiej dżungli, zrób sobie tatuaż (joke, joke), naucz się uśmiechać (niesamowicie ważna rzecz w NYC) do siebie i do ludzi. Decydując się na emigrację niejako zgadzasz się na warunki i zwyczaje panujące w innym kraju. Nikt nie każe Ci skakać z radości ani robić pajacyków szczęścia odnośnie każdej informacji dotyczącej życia tutaj. Ja na dwa lata przed wyjazdem zrobiłam sobie tabelkę: w jednej kolumnie wpisałam Nowy Jork, w drugiej Polska a w trzeciej kategorie. Porównywałam #wszystko: system podatkowy, system edukacji, stopień trudności w ubieganiu się o wizę, możliwości znalezienia pracy, zarobki, mężczyzn (można puścić tutaj salwy śmiechu :)), podejście do odmienności/indywidualizmu, etc. Nowy Jork nie do końca 'wygrał' w moim rankingu, ale ponieważ jestem uparta, postanowiłam się sprawdzić i zdecydowałam się na przeprowadzkę. 

Kolejną kwestią były pieniądze. Napiszę krótko: na początek potrzebne jest ok. $9,000. Nie musi być dokładnie tyle, ale wiadomo, im więcej tym lepiej. Zakładając, że jedziecie tu sami, nie mając w Stanach rodziny, musicie pomyśleć o kwestii zakwaterowania przez pierwsze dwa tygodnie. Można skorzystać z hostelu albo hotelu i tutaj na dzień dobry wydajecie $1500. Szukając pracy i mieszkania, powiedzmy przez 2 tygodnie, musicie coś jeść, na pewno zechcecie trochę pozwiedzać (bilet do muzeum $25). Tutaj koszty kształtują się w granicach $600-$800. Kiedy już znajdziecie mieszkanie albo pokój, ceny wahają się od $900 za pokój do $2000 za M2 (oczywiście nie mówimy tu o Manhattanie a Queensie, ewentualnie jak nam się poszczęści gdzieś na Greenpoincie). Ci bardziej oszczędni zazwyczaj wędrują na Greenpoint i wynajmują łóżko na godziny. Oznacza to, że w mieszkaniu z 3 łóżkami jest 6 współlokatorów. Jedna trójka śpi w dzień, potem idzie do pracy na nocną zmianę. W tym. Zasie druga trójka śpi i regeneruje się do pracy na rano. To oczywiście jest już przykład patologiczny, ale uwierzcie mi, że widziałam takie miejsce na własne oczy. Wracając do wynajmu 'po ludzku', przygotujcie się na wydatek ok. $1000 plus depozyt czyli równowartość czynszu za jeden miesiąc; razem dwa tysiaki. Należy też kupić jakieś meble, bo pokoje rzadko kiedy są umeblowane. Na początek pójdzie Wam ok. $2000 na jakieś pierwsze meble. Razem mamy już ok. $6000 wydane, w kieszeni są $3000, ale musicie pamiętać o tym, że nie zawsze na początku znajdziecie super pracę. Czasem trzeba poczekać kilka tygodni, miesięcy, a tynku ze ścian nie chcemy przecież jeść. 

Ja na wyjazd odkładam pieniądze przez 2 lata. Oczywiście Rodzice pomogli mi i dołożyli swoją cegłę, ale lata od 2010 do 2012 wspominam jako najbardziej pouczające i traumatyczne w moim życiu. Byłam wtedy na studiach, przechodziłam kryzys pt. 'Mamo, rzucam te cholerne studia!' (nawet na 5 roku nie chciałam się bronić lol), udzielałam korków, pracowałam w trzech przedszkolach, pisałam pracę mgr. I tak przez 7 dni w tygodniu, ani jednego dnia wolnego. Wyłączyłam się z życia towarzyskiego (znajomi uznali, że zdziczałam), nie wdawałam się w żadne romanse (wyobraźcie sobie co by było gdyby jakiś lowelas zaczął jęczeć 'nie jedź, zostań' i tego typu farmazony), pracowałam kiedy byłam chora, zdołowana i zazdrosna o to że znajomi gdzieś balują a ja wycinam jakieś kolorowanki na angielski dla dzieci. Ale mimo to, żyłam swoim marzeniem. Wiedziałam, że NYC to miejsce dla mnie. Byłam zdeterminowana, żeby uskładać najwięcej kasy ile się da. Po prostu się nie poddałam. Bardzo pomagała mi w tym Mama, moja przyjaciółka Magoshta, siostra cioteczna Litka, Damian, Przemo! Nawet nie wiecie ile daliście mi wtedy wsparcia. Dziekuję! To chyba właśnie wtedy nauczyłam się jak być odpowiedzialną za swoje marzenia. 

Ostatni rozdział w przygotowaniach to kwestie administracyjne. Rozliczyć się z podatków, załatwić wizę, wykupić ubezpieczenie, rzucić pracę (lol), obronić pracę mgr, spisać pełnomocnictwa dla Rodziców u notariusza, i najważniejsze NIE BRAĆ ZE SOBĄ CAŁEGO SWOJEGO DOBYTKU. Ja przyjechałam z 6 bluzkami, jedną parą jeansów, jedną parą leggingsów, dwiema parami butów, kosmetykami i płytami bez których nie mogę żyć. Cały mój majdan mieścił się w walizce, dziś jestem na etapie 'nie kupuję więcej ubrań, bo nie mam miejsca w szafie' a ubrania przywiezione z Polski trzymam gdzieś w schowku. Nie dlatego, że są gorsze, bardziej z sentymentu wylądowały w specjalnym pudełku. Kiedyś po latach wyciągne te t-shirty i będę wspominać mówiąc pongliszem, że to są ubrania przywiezione z PL. 

Nie wiem czy ta notka coś pomogła. Gdybyście mieli jakieś konkretne pytania, bardzo chętnie napiszę vol. 2, więc wrzucajcie pytania w komentarzach. 

PS: właśnie tańczyłam w pokoju po całym dniu pracy i walnęłam paznokciem w buta. Czy można użyć super gluta żeby paznokieć się skleił? Help!

Pozdro 600,
A. 

środa, 19 listopada 2014

Survival w nowojorskim metrze.

W poniedziałek zepsuło się metro. Z powodu ogromnej ulewy, przestały jeździć pociągi i powrót do domu okazał się być walką z małolatami o miejsce na oddech w autobusie. Cała ta awaria, ulewa, walka i post-trauma zainspirowały mnie do napisania notki o metrze nowojorskim. Wiem, wiem, już kiedyś pisałam, że się podniecam jak jeżdżę metrem, ale dzisiaj mam całą dokumentację i dowody w postaci zdjęć robionych z ukrycia!

Metro w NYC jest przede wszystkim proste. Zrobione jak dla debila. Czytasz znaki i idziesz. Bardzo ciężko jest się zgubić, zawsze można też liczyć na pomoc innych pasażerów. Wchodząc do metra, płacisz $2,50 przesuwając słynną MetroCard w terminalu. Kartę można doładowywać w automatach przed wejściem do metra. Linie mają oznaczenia 'cyfrowe' (1,2,3) i literowe (od A do chyba Z). Jest kilka zasad dotyczących tego jak się poruszać pod ziemią:

1. Nie bierz głębokich oddechów, nie wdychaj zapachów, nie skupiaj się na 'aromatach', po prostu idz.
2. Szczury są stałym elementem krajobrazu pod ziemią. Po prostu nie zwracaj na nie uwagi.
3. Karaluchy tak samo.
4. Zawsze miej ze sobą płyn dezynfekujący do rąk. ZAWSZE.
5. Musisz używać tego płynu za każdym razem kiedy dotkniesz klamki, siedzenia, rury, szyby, itp.
6. Savoir-vivre ruchomych schodów na prawdę istnieje! Jeśli się NIE spieszysz, stoisz po prawej stronie schodów, natomiast Ci spóźnieni biegną lewą stroną.
7. Cokolwiek lub też kogokolwiek zobaczysz, nie patrz się na to dłużej jak sekundę.
8. Celebrities jeżdżą metrem. Należy dać im spokój, nie prosić o autografy ani wspólne selfiaki (jak to mawia Agata Młynarska). Zwykłe 'hi' powinno Cię zadowolić na całe życie.
9. Nie ma nic złego w noszeniu okularów przeciwsłonecznych w metrze. Tak na prawdę jest to wspaniała metoda na łamanie zasady nr. 7. Można wtedy gapić się na wszystkich dziwolągów bez końca.
10. Linia G, biegnąca przez Greenpoint, jest najkrótszą linią w NYC. Jeździ też najrzadziej. I kradną tam.
11. Nie dawaj pieniędzy żebrakom.

To chyba najbardziej podstawowe zasady dla każdego nowicjusza. Co do okazów występujących w metrze, można trafić na cudactwa. Tzw. Preachers bardzo często wchodzą do wagonu i zaczynają to swoje słynne 'Ladies and Gentlemen, chciałem Wam dzisiaj opowiedzieć o tym jak znalazłem wiarę w Boga'. Kiedyś jadąc z samego rana, wsiadł taki kaznodzieja do pociągu i jedna baba kazała mu się zamknąć, bo jest 5 rano i nie chce słuchać o Bogu. Turystów poznasz po szeroko otwartej gębie skierowanej, a właściwie wlepionej w mapę metra, kłócących się na całe gardło gdzie mają wysiąść. Zobaczycie tzw. wizażystki, czyli laski, które z samego rana wsiadają do metra z mokrymi włosami i robią makijaż. Coś ohydnego. Hipsterzy, albo po greenpoincku 'koczkodany na rowerach' to bardzo powszechny widok. Są też śpiochy, które nastawiają sobie budzik w fajfonie, żeby obudzić się na właściwej stacji. Zawsze będę miała sentyment do jednej drag queen, która przez jakiś czas regularnie jeździła ze mną tym samym pociągiem i o 5 rano przemieniała się w Tinę Turner. Śpiewała na całe gardło 'Simply the Best' i będąc już wyraźnie po kilku głębszych denerwowała się, że nikt z nią nie śpiewa. Jadąc linią L często traficie na widok ortodoksyjnego Żyda. Zazwyczaj nie siadają obok kobiet i modlą się przez całą podróż kiwając się w przód i w tył. Jeśli się nie modlą, to często wertują New York Post, najbardziej pro-żydowski dziennik nowojorski. Mi udało się zrobić zdjęcie takiego Żyda, który nie dość, że siedział koło kobiety, to jeszcze miał rozpięty rozporek. Z mniej przyjemnych 'atrakcji' to bezdomni. Widok ponury, niechwytający za serce a raczej zmuszający Cię do zatykania nosa. Kiedyś wsiadłam do jakiegoś przeklętego pociągu, bo w pierwszym wagonie siedział 'aromatyczny' Pan. Na następnej stacji przesiadłam się do drugiego wagonu i trafiłam na jeszcze bardziej śmierdzącego człowieka bezdomnego. Na trzeciej stacji, w trzecim wagonie to samo. Dopiero przy czwartej przesiadce mogłam pooddychać. Chyba najbardziej traumatyczną podróżą była ta z bezdomnym trupem. NN. Smród zgnitego ciała, ktoś krzyczący, że ten człowiek nie żyje. Coś okropnego. Nie wiem jak potoczyła się dalej ta historia, bo była szansa, że Pan sobie po prostu spał a ostatni prysznic brał w latach '90.

Właśnie odnośnie smrodu, to mam ziomka w metrze. Właściwie nie ziomek a jakiś psychol, którego nazwałam Muharadża z Pukadżi. Pan z Bliskiego Wschodu, w dowodzie ma chyba ze 100 lat i zawsze jeździ tą samą linią, tym samym metrem, o tej samej porze. Wybadał mnie kiedy na stacji siedział już mocno podgnity Pan bezdomny i wszyscy zatykali nosy. Ja, jak to ja, zaczęłam narzekać na głos na to, że nikt się nie zajmie tym człowiekiem i od tamtego momentu zaczął się rytuał. Na początku zawsze mówi 'hi'i rezerwuje dla mnie miejsce, żebym sobie siedziała. Jeżeli jest siedzenie dla niego, to siada koło mnie, a jak nie ma, to niczym pies ochroniarz stoi obok i pilnuje. Na koniec tej maskarady podaje mi rękę i życzy miłego dnia. I tak jest co tydzień we wtorki. Nie wiem czy tym uściskiem dłoni sprzedaje mi jakiegoś wąglika czy ebolę, więc na wszelki wypadek czyszczę ręce płynem dezynfekującym bardzo dokładnie.

Poniżej zamieszczam fotki robione ukradkiem w metrze. Moje ulubione to sesja drag queen, która wsiadła do pociągu lini E w dzielnicy gejowskiej. Była tak umęczona, że postanowiła rozłożyć się jak modelka. A wyszło trochę jak Marylin Monroe <3











poniedziałek, 17 listopada 2014

It's the hard knock life!

Idąc za ciosem, szybko wrzucam kolejną notkę, żeby wyrobić sobie nawyk regularnego pisania. Po 5 dniach pracy zostaje mi niedziela i poniedziałek na załatwienie wszystkich najważniejszych spraw. Ponieważ jestem nianią z tzw. "zamieszkaniem" (przez 5 dni w tyg mieszkam w Rodziną), przeznaczam ten czas na planowanie wszystkich rzeczy związanych z firmą. Z racji tego, że moja szefowa spędza całe dnie na zakupach, w salonach spa, na siłowni, na plotkach, w korkach, odbierając dzieci ze szkoły, zawożąc je na balet, koszykówkę, piłkę nożną, hokeja, przez prawie cały dzień jestem w domu sama. Ten czas przeznaczam na czytanie wszystkich podręczników dotyczących planowania ślubów. Naturalnie zajmuję się też pracą, a jakże! Tyle, że po dwóch latach pracy wiem jak szybko zrobić swoje a resztę dnia wygospodarować dla siebie. Na samym początku było mi bardzo ciężko. To co dzisiaj robię w 40 min (powiedzmy składanie ubrań dzieciaków), kiedyś zajmowało mi 2 godziny. Dochodziło do sytuacji gdzie pracowałam po 14h na dobę. Przez pierwszy rok byłam umęczona fizycznie: nie byłam w stanie wytrzymać bólu pleców, stóp, ręce drętwiały mi kiedy trzymałam w ręku jakiś przedmiot. Teraz jestem umęczona emocjonalnie. Atmosfera w domu jest tak fatalna i prawdopodobnie wynika to z wieku, w jaki wkraczają dzieci. Dwoje najstarszych ma już 13 i 11 lat, a to oznacza hormony, nienawiść do świata, "nienawidzę Cię Mamo", "nie chce mi się żyć", itp. Szefowa, kiedy zdarza się taka sytuacja, reaguje na różne sposoby. Najczęściej wrzeszczy (prosto do ucha), wymyśla kary typu "żadnego iPada, iPhona, iPoda i tv przez tydzień (phi, też mi kara…), daje klapsa, w ostateczności daje z liścia po pysku. It's the hard knock Jewish life, baby.

W związku z tym co widzę i niestety słyszę przez 5 dni w tygodniu, postanowiłam dzisiaj podjąć kroki do zmiany swojej sytuacji. Rzucam Królową Matkę (KM), w czym pomoże mi agencja pracy. W Nowym Jorku znajdziecie dużo agencji pośrednictwa, które pomagają w załatwianiu pracy dla młodych dziewczyn, które chcą "nianiować". Ja właśnie do takiej dzisiaj poszłam i NARESZCIE mogłam usiąść i spokojnie powiedzieć o jaką pracę chodzi MI. Ponieważ mam już doświadczenie, jest szansa, że znajdę zatrudnienie w jakimś spokojniejszym domu, w mniejszej rodzinie, mniej pierdolnietej. Do tego dochodzi zakładanie firmy. Obecnie pracuję nad wizją i misją mojego biznesu. Próbuję wymyślić co wyróżniałoby firmę, jakie atrakcje jestem w stanie zapewnić potencjalnym klientom. Aby to zrobić, muszę przede wszystkim zarejestrować firmę, wyrobić sobie tutejszy NIP, zapłacić podatek, ubezpieczenie, wyrobić portfolio, poszukać dostawców i założyć stronę internetową. Na początek jednak szkoła. Wybrałam The Association of Bridal Consultants, czyli Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych. Będąc członkiem tej organizacji możesz skończyć kurs dający Ci uprawnienia do wykonywania zawodu. Szkoła i Stowarzyszenie mają system punktowy: kończąc kurs dostajesz 25 ptk i dostajesz tytuł Certfied Wedding Planner. Wtedy można zacząć działać na rynku, ale jednocześnie (jak określiła to Magoshta "jak w simsach"), możesz zdobywać więcej punktów i wspinać się wyżej po drabinie kolejnych tytułów. Za każdy rok prowadzenia firmy dostajesz 1 ptk, za każdy udział w seminarium albo konferencji dostajesz prawdopodobnie 5 ptk. W trakcie takich spotkań (organizowanych na Florydzie w West Palm Beach) dostajesz zadania, np. wręczenie swojej wizytówki 50 różnym osobom. Za to oczywiście też dostajemy punkty i nasza pozycja w Stowarzyszeniu jest wyższa. Dodatkowo bierzesz udział w czymś bez czego w Stanach nie rozkręcisz biznesu czyli networking. Musisz tworzyć siatkę kontaktów, tak aby jak najwięcej osób o Tobie słyszało. Ciekawe czy mi się to uda. 


Wspominałam wcześniej, że pożeram całą literaturę związaną z planowaniem ślubów. Dla tych, których ten temat też kręci polecam WSZYSTKO wydane przez Judy Allen. Allen jest guru w dziedzinie planowania wydarzeń (nie tylko wesel), wydała mnóstwo podręczników, w których zawarte są wskazówki dotyczące tego na co profesjonalny event planner musi zwrócić uwagę. Liczy się #wszystko: ilość gniazdek w sali weselnej, jakość parkietu, czystość toalet, wielkość sali, czy budynek w którym wynajmujemy pomieszczenie ma związki zawodowe (zawsze istnieje ryzyko strajku), a nawet to czy żyrandol dyndający w sali balowej jest wykonany z kryształów (wg Allen taki żyrandol jest bardzo hałaśliwy i przeszkadza podczas przemówień). Dzisiaj niestety nie dałam rady poczytać zbyt wiele, ponieważ czas, który miałam przeznaczyć na naukę spędziłam w gigantycznym korku. Z powodu okropnej ulewy zepsuło się metro i byłam skazana na autobusy (4 przesiadki). Jechałam z dzieciarnią, która mnie non stop popychała (aż musiałam wrzeszczeć z mimiką ala Jim Carrey "stop pushing ME!"), jakaś czarna młodzież z Jamaica (czarna dzielnica na Queensie) chciała tańczyć w autobusie, a ja i inna pasażerka (po akcencie pomyślałam, że Rosjanka), krzyczałyśmy na całe gardło "dzieci! zdejmijcie plecaki, wtedy będzie więcej miejsca". Nikt plecaka nie zdjął. Nie wiem czy wynika to z ignorancji, debilizmu, czy chamstwa. Swoją drogą, chyba jeszcze nie słyszałam tylu nastolatków wrzeszczących na cały autobus przekleństwa. Ah, ta młodzież. 

Trzymajcie się ciepło,
A.

niedziela, 16 listopada 2014

Pierwszy wpis.

Nie wiem jak zacząć pierwszy wpis. Niby mam wprawę, bo kiedyś z dużym powodzeniem prowadziłam już "życiowe przeżycia", ale po roku opisywania moich początków w Nowym Jorku wypaliłam się. Na szczęście, nadzieja i wena umierają ostatnie, czego dowodem jest mój powrót. Dla tych, którzy są tutaj pierwszy raz i zastanawiają się czy czytać dalej:

Mam na imię Agnieszka. 2 lata temu wyjechałam z Polski, aby realizować swoje marzenia. Zostawiłam z wielkim bólem Rodzinę, przyjaciół, pracę w przedszkolu, 12 uczniów (niczym Apostołowie) z korków od angielskiego, wszystkie kompleksy, obawy i wyruszyłam w podróż. Do NYC przyleciałam na 2 tygodnie przed słynnym huraganem Sandy i zaczęłam swoją przygodę na Greenpoincie (tak, tak, każdy tam zaczyna). Ze względu na zbliżający się kataklizm byłam zmuszona szukać mieszkania i pracy w tempie ekspresowym, na szczęście udało mi się znaleźć fajny pokój na Queensie. W tym samym czasie udało mi się znaleźć pracę jako niania dla trójki żydowskich dzieci. Praca okazała się być bardzo specyficzna, bo upstrzona milionem nakazów i zakazów obowiązujących w czasie szabasu. Pracując jako niania przechodziłam prawdopodobnie przez wszystkie stany emocjonalne i etapy wtajemniczenia. Spotykały mnie sytuacje śmieszne, smutne (pierwsza kara dla dzieci…), wzruszające (pierwsze kartki na urodziny od dzieci, naturalnie z Gwiazdą Dawida), poniżające (chwile kiedy dzieci wpadały w szał i wrzeszczały matce do słuchawki, żeby mnie zwolniła) i zaskakujące. Przechodziłam przez chwile smutku, tęsknoty, zakochiwania się, odkochiwania się, bycia odrzuconą, strachu o utratę pracy, pracoholizmu, totalnego lenistwa, egoizmu, chęci rzucenia pracy i wykrzyczenia szefowej prosto w twarz co o niej myślę, radości, pijaństwa, obżarstwa, głodu i co gorsza publicznego ryczenia na środku Times Square i w metrze (uwierzcie mi, okropnie poniżająca chwila). 

Od tamtej chwili minęły 2 lata. Obecnie jestem na etapie…nie wiem jak go nazwać, ale na pewno jest to okres szczególny w moim życiu. Jestem na etapie, gdzie wreszcie się nie boję. Nie boję się, że mnie zwolnią (bo mnie nie zwolnią lol), nie boję się rzucić pracy, nie boję się huraganów, nie boję się o przyszłość. Z optymizmem patrzę na to, co czeka mnie w nowym roku. Doszłam do momentu, kiedy mogę pójść do szkoły, spełniać marzenia swoje i innych.

Na początku chciałam piec ciasta. Tak jak Buddy Valastro czy inny maestro cukiernictwa. Potem dowiedziałam się, że szkoła kosztuje $50,000 rocznie, a w tej pracy musisz być na nogach o 4 nad ranem. Dlatego zaczynam coś nowego. Wedding Planning. Właśnie tutaj, na tym blogu, będę opisywała Wam moją przygodę w walce o marzenia. O tym jak zakładam firmę, która w przeciągu 6 lat stanie się jedną z lepszych w Nowym Jorku. Będę pisała o szkole, trochę o pracy niani. Nie wiem czy komuś to umili czas, ale na pewno otworzy oczy wszystkim tym, którzy myślą, że się nie da. Musi się udać. Trzymajcie kciuki i zaglądajcie!

Pozdro 600,
A.