poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mayday, Mayday, Mayday!

Mayday! Mayday! Huston na pomoc! Potrzebuję chwili dla siebie! Ostatnie dwa tygodnie to istne szaleństwo. Totalnie pochłonęło mnie zakładanie firmy: czytam poradniki, kodeksy, dopieszczam biznes plan, zamawiam wizytówki, projektuję moje portfolio, szukam dostawców specjalizujących się w stylu vintage, pracuję nad sesją zdjęciową. Śpię po 5 godzin dziennie, chodzę niewyspana, przemęczona użeraniem się z dziećmi w pracy, ogólnie jest syf. Powoli zaczynam rozważać podjęcie nowego zajęcia. Nie wiem, jakieś zoo, może leśniczówka. Samotnia. Z drugiej strony takie zawirowania, pomimo narzekania i zmęczenia, działają na mnie niezwykle dopingująco. Wszystko nabiera kształtu i sensu, bo w pewnym momencie dopadły mnie chwile zwątpienia. Ale, zacznijmy po kolei.

Zakładanie firmy wcale nie jest proste. To wie chyba każdy, kto musiał przez to przejść. Jednak zakładanie firmy w obcym kraju jest podwójnie trudne. Dzisiaj miałam spotkanie z właścicielką restauracji, w której chcę zorganizować sesję do mojego portfolio. Dwa tygodnie wcześniej zaczęłam tworzyć listę pytań, które powinnam zadać podczas spotkania. Pytania z pozoru wydają się być dziwne, bo dotyczą np ilości gniazdek w danym pokoju/sali albo czy restauracja ma zamiar przeprowadzać jakiś remont w dniu/tygodniu poprzedzającym Twoją sesję. Istotne są również takie kwestie jak możliwość dojazdu dla dostawców przed lokal, wszelkie opłaty za #wszystko, itp. W moim przypadku, potrzebuję stołu z nakryciem dla 8 osób. Za przygotowanie stołu restauracja pobiera opłatę $50 extra. W tym wszystkim zamieszaniu, najbardziej stresowałam się…akcentem. Tak. Byłam totalnie przerażona, że kobieta usłyszy mój akcent (i pewnie skumała, że nie jestem Amerykanką), pomyśli że jestem niedojdą, że się nie znam, itd. Na szczęście nic takiego się nie stało, Lauren była bardzo uprzejma, aczkolwiek niezwykle anemiczna. Nie wiem z czego to wynika, ale zawsze wierzyłam, że współpraca z mężczyznami przebiega bardziej energicznie. Obiecuję tutaj uroczyście, że następną sesję organizuję z facetem. Nie mam talentu od odczytywania kobiecej mimiki ani kobiecych emocji, co facet to facet. 

Dotychczasowe negocjacje stanęły na 16 marca 2015, godzina 11.00. Wtedy zacznie się spełniać wizja, o której myślę już od dwóch miesięcy. Właśnie otrzymałam kontrakt od restauracji, który muszę podpisać, żeby móc zacząć działać. Komunikacja w tym przypadku odbywa się przede wszystkim za pomocą emaili. Moja skrzynka pocztowa zapełniona jest wiadomościami od fotografów, florystów, dekoratorów, kaligrafów, grafików i czego sobie tam nie wymyślicie, na pewno to jest w mojej skrzynce. Trzeba bardzo uważać i pilnować się z korespondencją, najlepiej założyć jakiś notes, w którym każdy krok jest notowany. Ja taki notes mam, ma nawet okładkę z symbolami masońskimi :). 
Jeszcze a propos kontraktu, żeby móc go podpisać, muszę mieć ubezpieczenie na dzień sesji: restauracja zabezpiecza się w ten sposób na wypadek gdyby coś mi się stało w czasie robienia zdjęć. 
Czyli dochodzi mi kolejna rzecz do załatwienia, eh.

W tym momencie, do mojego życia wkracza prawdziwe szaleństwo i schizofrenia. Bo kiedy w niedzielę i poniedziałek zajmuję się firmą, tak od wtorku do soboty zajmuję się rozpieszczoną bachornią w pracy. W tym tygodniu czeka mnie OKROPNY tydzień. Córka KM ma urodziny i przychodzi 30 dziewczynek. Nocować. Nie mam pojęcia jak oni posadzą te dzieci, gdzie będą spały, ja postanowiłam się angażować w całe to wydarzenie w stopniu minimalnym. Nie mam zamiaru patrzeć czy któraś nie robi sobie krzywdy, po prostu let it go. W tamtym roku KM zaprosiła na noc 12 dziewczynek i dostałam za cały mój wysiłek dodatkowe $25. Śmiesznie żałosne. W tym roku może mnie pocałować w tyłek z tymi swoimi dodatkowymi pieniędzmi. To wszystko brzmi trochę nonszalancko, ale ostatnio byłam świadkiem takich scen, że gardzę tą kobietą najbardziej jak tylko się da. 

Opowiadałam Wam historię o sukience? Nie? To posłuchajcie o "the sukienka story". Historia jest bardzo prosta: syn KM ma w marcu barmitzvę, coś w rodzaju żydowskiej komunii. Przygotowania zaczęły się już w marcu tego roku i kiedy KM rozmawiała z organizatorami przyjęcia na temat budżetu, mówiła że tak na prawdę to "budżetu nie ma". Cała ta impreza odbywa się w atmosferze blichtru i przepychu rodem z 5th ave, ale też i chamstwa na poziomie Lubartoskiej w Lublinie. Najważniejszym punktem programu jest sukienka. Mam na myśli oczywiście sukienkę KM. Dwa miesiące temu dobijała się przez telefon do Michaela Korsa, żeby uszył jej kiecę. Nie mogła rozmawiać z samym projektantem i połączyli ją z asystentką. Wkurzona KM zaczęła wybrzydzać i zmuszać biedną dziewczynę, żeby natychmiast połączyła ją z Michaelem. Kiedy ta jej odmówiła, KM stwierdziła że asystentka się na niczym nie zna i brak jej klasy. Goodbye. To było jednak preludium. Sukienką numer 2 jest suknia jej córki. Szyją u Gucciego, jednak jak się okazało 4 dni temu, nawet ten dom mody nie jest w stanie spełnić oczekiwań laski. W czwartek KM dostała telefon od Gucciego (tzn. domu mody):

KM: Sukienka jest gotowa?
Gucci: Tak. Można ją odebrać.
KM: Ale jak wygląda?
G: Dobrze.
KM: Jak to dobrze? To znaczy, że jest fatalna! 
G: Nie, wygląda dobrze. Ciężko nam powiedzieć dokładnie, bo sukienka jest na wieszaku. Jeśli przyprowadzisz córkę na przymiarkę, będzie można więcej powiedzieć.
KM: Nie, nie, nie, nie, nie. To nie brzmi dobrze. Właśnie mnie przyprawiłaś o zawał serca! Czy Ty zdajesz sobie sprawę w jaki sposób rozmawiasz z klientem? Ja zapłaciłam za to $10,000!
G: Mogę zrobić zdjęcie i wysłać Ci na telefon.
KM: Ok. Pa.

Po 3 minutach.

KM: Sukienka jest ohydna!
G: Jak to ohydna?
KM: Paskudna, zbyt wąska! Nie umiecie szyć. Tragedia. Jest okropna!
G: Ale co Ci się w niej nie podoba?
KM: Wszystko.
G: Zróbmy tak: wyślę sukienkę do Twojego domu na nasz koszt, niech córka przymierzy i wtedy zobaczymy co da się zrobić. 

Sukienka przyszła na następny dzień z samego rana. Córka KM ją przymierzyła. Wyglądała bosko. Na prawdę. Cała afera zakończyła się tym, że KM zadzwoniła do Gucciego, powiedziała że spoko, suknia ładna i sorry. I kłaput słuchawką. Taka odważna.

Jak sami widzicie pracuję dla schizofreniczki. Wariatki i pomyleńca. Na szczęście mam swój biznes.

Pozdro 600,
A. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz