Nie wiem jak zacząć pierwszy wpis. Niby mam wprawę, bo kiedyś z dużym powodzeniem prowadziłam już "życiowe przeżycia", ale po roku opisywania moich początków w Nowym Jorku wypaliłam się. Na szczęście, nadzieja i wena umierają ostatnie, czego dowodem jest mój powrót. Dla tych, którzy są tutaj pierwszy raz i zastanawiają się czy czytać dalej:
Mam na imię Agnieszka. 2 lata temu wyjechałam z Polski, aby realizować swoje marzenia. Zostawiłam z wielkim bólem Rodzinę, przyjaciół, pracę w przedszkolu, 12 uczniów (niczym Apostołowie) z korków od angielskiego, wszystkie kompleksy, obawy i wyruszyłam w podróż. Do NYC przyleciałam na 2 tygodnie przed słynnym huraganem Sandy i zaczęłam swoją przygodę na Greenpoincie (tak, tak, każdy tam zaczyna). Ze względu na zbliżający się kataklizm byłam zmuszona szukać mieszkania i pracy w tempie ekspresowym, na szczęście udało mi się znaleźć fajny pokój na Queensie. W tym samym czasie udało mi się znaleźć pracę jako niania dla trójki żydowskich dzieci. Praca okazała się być bardzo specyficzna, bo upstrzona milionem nakazów i zakazów obowiązujących w czasie szabasu. Pracując jako niania przechodziłam prawdopodobnie przez wszystkie stany emocjonalne i etapy wtajemniczenia. Spotykały mnie sytuacje śmieszne, smutne (pierwsza kara dla dzieci…), wzruszające (pierwsze kartki na urodziny od dzieci, naturalnie z Gwiazdą Dawida), poniżające (chwile kiedy dzieci wpadały w szał i wrzeszczały matce do słuchawki, żeby mnie zwolniła) i zaskakujące. Przechodziłam przez chwile smutku, tęsknoty, zakochiwania się, odkochiwania się, bycia odrzuconą, strachu o utratę pracy, pracoholizmu, totalnego lenistwa, egoizmu, chęci rzucenia pracy i wykrzyczenia szefowej prosto w twarz co o niej myślę, radości, pijaństwa, obżarstwa, głodu i co gorsza publicznego ryczenia na środku Times Square i w metrze (uwierzcie mi, okropnie poniżająca chwila).
Od tamtej chwili minęły 2 lata. Obecnie jestem na etapie…nie wiem jak go nazwać, ale na pewno jest to okres szczególny w moim życiu. Jestem na etapie, gdzie wreszcie się nie boję. Nie boję się, że mnie zwolnią (bo mnie nie zwolnią lol), nie boję się rzucić pracy, nie boję się huraganów, nie boję się o przyszłość. Z optymizmem patrzę na to, co czeka mnie w nowym roku. Doszłam do momentu, kiedy mogę pójść do szkoły, spełniać marzenia swoje i innych.
Na początku chciałam piec ciasta. Tak jak Buddy Valastro czy inny maestro cukiernictwa. Potem dowiedziałam się, że szkoła kosztuje $50,000 rocznie, a w tej pracy musisz być na nogach o 4 nad ranem. Dlatego zaczynam coś nowego. Wedding Planning. Właśnie tutaj, na tym blogu, będę opisywała Wam moją przygodę w walce o marzenia. O tym jak zakładam firmę, która w przeciągu 6 lat stanie się jedną z lepszych w Nowym Jorku. Będę pisała o szkole, trochę o pracy niani. Nie wiem czy komuś to umili czas, ale na pewno otworzy oczy wszystkim tym, którzy myślą, że się nie da. Musi się udać. Trzymajcie kciuki i zaglądajcie!
Pozdro 600,
A.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz