niedziela, 14 grudnia 2014

There is a thin line between hate and paper

Jest cienka linia pomiędzy nienawiścią a papierem. Dzisiaj tą linię przekroczę całkowicie, upojona dodatkowymi promilami, wściekła na wszystko, całe Żydostwo, młodzież, gówniarzy, rozpieszczone bachory (przede wszystkim te 40letnie), metro, kasjerki, na mój brak kondycji, na #wszystko. 

Trudno, powiedziałam to. Nie cofnę tego. Po tym tygodniu pałam nienawiścią do wszystkich bogaczy, którym poprzewracało się w głowach od pieniędzy. O ile do tej pory miałam w dupie wszelkie ekstrawagancje i szaleństwa KM, tak teraz oficjalnie ogłaszam, że nienawidzę tej ku**o - dzi*y. Tak. Można zgłosić mnie na policję, do ministra, prezydenta. Mam to gdzieś. Niech mnie spisze osiedlowy, a ksiądz niech mnie w końcu wyrzuci z parafii. W tym tygodniu przebrała się miarka.

Miniony tydzień minął pod znakiem imprezy urodzinowej dla córki KM. Mała kończy 10 lat, ogólne szaleństwo. KM postanowiła zaszaleć do tego stopnia, że wykupiła połowę supermarketu, gdzie większość zakupów to mrożonki. Zapomnijcie o torcie dla dziecka, naleśnikach, kanapkach czy ulubionych potrawach z lat dzieciństwa. Jak to ujęła KM: "nie mam siły gotować". Miała za to siłę zwalić na mnie wszystkie przygotowania. Po tym jak wydała ok. $500 na wszystkie gadżety, prezenty i po tym jak wyładowała samochód z zakupów 52 razy, uznała że jej rola jest skończona. Reszta należała do mnie. 

Impreza zaplanowana była na 30 osób. Innymi słowy, 30 rozpieszczonych bachorów przyjechała do córki KM nocować. Przywiozły swoje śpiworki, ciuchy od Armani Kids, każda po 3 walizki szajsu. Cała ta banda nieudaczników zwaliła się w piątek przed szabasem. Przywiozły je matki, coś w stylu mojej KM, tyle że jeszcze bardziej chore psychicznie. Widziałam mamusie ubrane w suknie z cekinami, które po prostu przywiozły dzieci na przyjęcie. KM kompletnie olała rozmowy z matkami, schowała się gdzieś z fajfonem w kuchni, więc wszelkie konwersacje z tymi wariatkami przypadły mi. Niektóre matki zostawiły mi tabletki dla ich dzieci. 3/4 tabletek, które otrzymałam podaje się dzieciom z ADHD albo z alergiami na #wszystko. Należy zażyć po śniadaniu. Spox. 

Na szczęście w zimie szabas zaczyna się koło godziny 16, więc chwilę po zapaleniu świeczek wszyscy zasiedli do kolacji. Nie wiem czy zdajemy sobie sprawę co oznacza kolacja szabasowa. Wyjaśnię szybko: święcenie chałki na mosiężnej desce, którą sama musisz dotaszczyć na stół (bo Żyd w szabas nie może niczego nosić ani dźwigać), rozdanie kawałków chleba dla wszystkich darmozjadów. Potem zabierasz deskę, ledwo możesz ją udźwignąć. Następnie serwowany jest rosół. Rosół nie jest regułą, można podawać inne zupy, ale laski w okolicy w której pracuję nie potrafią ugotować innej zupy. Rosół jest najłatwiejszy i wszystkie te damusie serwują to w szabas. "Serwują" to dużo powiedziane: ja nalewam, ona nosi do stołu dla każdej gówniary. Po drodze okazuje się, że zamówienie zostało źle przekazane: jedna nie chciała kulki macy w jej zupie, druga chciała więcej makaronu. Przy 30 miskach zupy mam około 12 misek "do poprawy". Ja sama nie mam czasu zjeść zupy, bo kiedy ta banda żre, ja wyciągam jedzenie na drugie danie. Tzn mrożonki, które rozmrażały się w piekarniku. Na drugie danie serwujemy takie pistacje jak mrożone kotlety, mrożone karczochy (a jak!), mrożoną fasolkę, frytki, kurczaka (?!) i tym podobny szajs. KM zrobiła SAŁATKĘ. Wymieszała pokrojone patisony, pomidory, zrobiła dressing (wow!) i gotowe! 

Po drugim daniu czas na deser. Zanim podamy deser, sprzątamy z KM stół, na którym jest wszystko. Sos z kotletów wylądował na obrusie, frytki pływają w Coli, Sprite wymieszał się z kurczakiem. Na deser podajemy babeczki marchewkowe i czekoladowe, jedyny wyrób zrobiony od A do Z w domu. Tzn ja je zrobiłam, KM była w tym czasie u fryzjera. Kolacja trwa do 19, dziewczynki padają jak muchy o 8.30. Ja biorę leki na spokojny sen, piję melisę, modlę się żeby przeżyć sobotę.

Sobota jest tragiczna, bo trzeba wyszykować 30 dziewczynek do synagogi. Każdej dziewczynce trzeba pomóc założyć rajstopy, niektóre uciekają przed Tobą bo myślą że jesteś zboczeńcem i za żadne skarby nie dadzą sobie włożyć nylonów. Tutaj interweniować musi KM, która tłumaczy dziecku, że Agnes nie zrobi Ci krzywdy, tylko pomoże włożyć rajstopy. Niektóre są na tyle leniwe, że wkładanie rajstop wygląda tak: dziecko leży na podłodze i musisz je prosić żeby dało Ci nogę, bo kompletnie odmawia kooperacji. Dodatkowo wszystkie dzieci płaczą, że ich włosy nie są jedwabiste po nocy, a przecież muszą być jedwabiste bo Agnes przyszykowała im pokaz mody.

Tak. Byłam na tyle naiwna i głupia, że namówiłam KM na pokaz mody. Przed imprezą laska zrobiła to, co potrafi najlepiej, tj. wysłała maile do wszystkich matek z informacją, żeby dały dzieciakom jakieś szalone ubrania. Dołożyła jeszcze starań i kupiła w sklepie jakąś matę imitującą wybieg. Ja 2 dni wcześniej zrobiłam "lizaki" z punktami, coś w stylu Tańca z Gwiazdami. Dodatkowo dla każdej dziewczynki miałam numerek ze wstążeczką (tak, tak, niczym w obozie lol). Pokaz mody okazał się być strzałem w 10 do tego stopnia, że inne koleżanki córki KM proszą ją o wciśnięcie je na pokaz, bo też chcą wziąć udział. Po pokazie mody przychodzi czas na dekorowanie ciast. Dzielimy cały gang na 5 grup, każda grupa dekoruje ciasta, które ja oczywiście upiekłam kilka dni wcześniej. Dekorowanie przechodzi z fazy sztuki do walki i wzajemnego wyzywania się od "beztalenci" i "głupków". Wybija godzina 18, szabas skończył się godzinę temu.

Do domu KM przychodzi dodatkowe 15 dziewczynek, razem 45 sztuk. Zaczynamy oglądanie filmu, podczas którego serwujemy popcorn. Zgadnijcie kto wcześniej przygotował popcorn? Tak, ja. 36 torebek, jakby ktoś był ciekawy. Od tej pory nie mogę znieść zapachu popcornu, jego widoku i wszystkiego związanego z tym ohydnym jedzeniem. Dla tych bardziej dociekliwych, kiedy ja robiłam popcorn, KM była na paznokciach i na rzęsach (zagęszcza je sobie, bo ma małe oczy jak kret). Film kończy się zbyt wcześnie i KM szuka w moich oczach odpowiedzi na pytanie "co można jeszcze im zaoferować". Rzucam szybko, że karaoke. KM kręci nosem, ale mam ją w dupie i biegnę na górę po maszynę do karaoke. W tym czasie jej mąż przywozi 8 pudełek z pizzą. Cały dywan jest pokryty w popcornie, serze, sosie pomidorowym, kawałkach ciasta. Uroczo. Po filmie odpalamy świeczki na tortach udekorowanych wcześniej, śpiewamy sto lat, potem przychodzi czas na karaoke. Zabawa jest tak szalona, że sąsiedzi dzwonią do KM z pytaniem co się tam dzieje i czy mogą przyprowadzić swoje dzieci. Dochodzi 5 dziewczynek extra. Atmosfera jest niesamowita, więc zaczynam tańczyć i śpiewać z dziećmi (a robię to tylko po alkoholu). Po godzinie 21, kiedy już wszyscy goście poszli do domu, ja i KM sprzątamy. Tzn KM stoi i bawi się fajfonem a ja sprzątam. Do 23.30. 

Niedziela rano. Wreszcie wolne, mam zakwasy na całym ciele. Wychodzę i czekam na wypłatę mając nadzieję na kilka dolarów więcej za całe to przyjęcie. Nie dostaję ani centa extra. 

Pozdro 600,
A. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz