sobota, 20 grudnia 2014

I love Lans, Lans, Lans

Jezu, nie mogłam się powstrzymać i musiałam dać wpis o KM. Jeżeli myśleliście, że urodziny jej córki i wszystkie jej fanaberie w poprzednim tygodniu to jej szczyt, jak zwykle w tym miejscu się mylicie!

Poziom lansu i chamstwa w tym tygodniu sięgnął wyżej niż wierzchołek Kilimandżaro, ba być może nawet dosięgnął chmury, na której spoczywa sobie jej Bóg (chociaż Żydzi w niebo nie wierzą swoją drogą). Tydzień zaczął się parszywie. Po urodzinach gnojówy, we wtorek jechałam do pracy z gorączką 38.3. Poczułam się źle już w nocy, więc było już za późno żeby pisać smsiaki z KM. Rani w metrze kaszlałam tak bardzo, że łzy same ciekły mi po policzkach z bólu. Do tego znowu musiałam zwiewać przed nawiedzonym Maharadżą, któremu swoją drogą zrobiłam zdjęcie. Postanowiłam, że jego zachowanie jest co najmniej obleśne i w przypadku gdy ktoś mnie porwie, on będzie pierwszym podejrzanym. Zdjęcie wrzuciłam na fb, znajomi wiedzą że w razie godziny 'W' mają dzwonić na policję i pokazać zdjęcie tego człenia. No więc kiedy Maharadża zobaczył mnie, akurat sięgałam do torby po Apap i oczywiście właśnie w tym momencie zaczął proponować mi wolne miejsce. Przegoniłam go, ale uparł się i w pociągu siedział całą podróż na przeciwko mnie i patrzył na ten mój kaszel i moje łzy. Wychodząc z metra podarował sobie już ściskanie ręki, ale życzył powrotu do zdrowia. Kiedy dojechałam do KM, okazało się że jej córka jest dokładnie w takim samym stanie i musiała zostać w domu. Kiedy dzieci w domu u KM zostają w domu przez chorobę oznacza to dwie rzeczy: 1. Ty pracujesz i robisz wszystko to, co jest zaplanowane na dany dzień nie mając ani chwili dla siebie. 2. Dziecko wrzeszczy Ci co 30 minut z pytaniem czy już masz przerwę, bo ono chce się bawić i Mama kazała się z nim bawić, więc tym bardziej nie masz chwili dla siebie. Mała jednak tym razem była tak osowiała, że jedyne na co miała ochotę to odciskanie swojego pośladka na kanapie i gapienie się w telewizor. Dokładnie w tym samym dniu zaczynała się Hannukah, czyli żydowska Gwiazdka. Niezmiennie od 3 lat trwa spór między mną a dziećmi KM, które twierdzą że Hannukah jest ogólnie rzecz biorąc bardziej zajebista. Absolutnie się nie zgadzam, bo pomimo 8 dni dostawania fantów pod rząd, nie ma magii Mikołaja ani choinki. Bajki są tylko i wyłącznie o Christmas, nawet Kevin sam w Domu nie ma w sobie elementów Hannuki. Pod wieczór byłam już tak przyćpana Apapem, aspiryną, gripexem, że doszłam do etapu gdzie wydawalo mi się, że jedynie beton w tabletkach jest w stanie mnie uratować. Nie mogłam otworzyć oczu, bolała mnie głowa od żarówek w kuchnii. A mimo to, około godziny 19 KM poinformowała mnie, że za godzinkę przyjdą jej starzy i żebym jej pomogła. Doskonale wiedziała jak się czuję, a mimo to trzymała mnie w pracy do 20.30. Kiedy przyszli dziadkowie, zaczęło się odpakowywanie prezentów, które zachwyciły średnio, zresztą jak co roku. Dziadek non stop kazał mi uważać, żebym nie wyrzuciła jakiegoś prezentu kiedy zbierałam puste torebki. Chyba myślał, że ma przed sobą cielemana, ale powiedziałam mu, żeby dał już spokój i się obraził. 

Mój stan pogarszał się z dnia na dzień, z godziny na godzinę. W nocy temperatura sięgała 38.7, ale mimo to wytrwale wstawałam codziennie o 5.50 i robiłam swoje. Dopiero koło czwartku KM zapytała czy mi lepiej i kiedy powiedziałam, że nie i chyba muszę wrócić do domu, przeraziła się, dała mi połowę swoich leków i muszę przyznać że postawiły mnie na nogi. Dzisiaj jest mi już o niebo lepiej. Za to dzisiaj, lansiarstwo nabrało nowego znaczenia w domu KM. Od dzisiaj robienie się na bóstwo należy rozumieć jako 'bycie zajętą' i 'ciężką pracą'. Jak co sobotę, KM wyszykowała się rano do synagogi, po której miała oblecieć 3 lunche u znajomych. Wiecie, w jednym domu zje to, w drugim tamto, w trzecim czegoś się napije a przez ten cały czas mieli ozorem o bzdurach. Kiedy przyszła do domu o 15, zapowiedziała że za 2h przychodzi fryzjer, wizażystka i stylista, bo ona idzie na przyjęcie do znajomych. Cała trójca rozłożyła swój sprzęt w kuchni. Wizażystka na stole, fryzjer przyjechał z walizką pełną jakiś doczepianych włosów, suszarek, lokówek, lakierów, itd, a stylista przywiózł wieszak. Wyglądało to komicznie, bo w tym samym czasie laska maziała twarz KM pędzlami, fryzjer kręcił jej loki, a stylista pokazywał kreacje. KM patrzyła na każdą suknie i mówiła tylko 'tak', 'nie', 'może'. Jednocześnie wszystkie dzieci zrobiły się głodne, więc ja robiłam dzieciom kolację. Na koniec posiłku najmłodszy syn KM zapytał ją dlaczego ona nie zrobiła mu jedzenia. Mama odparła, że teraz jest zajęta i ciężko pracuje. 

3h później pod dom przyjechała limuzyna, KM stała odjebana w drzwiach i robiła sobie sweet focie z mężem. W tym czasie jej syn prosił o to, żeby położyła go spać, ale chyba udała że tego nie słyszy. Zrobiłam to później ja, ale musiałam mu obiecać że wyślę smsa do Mamy z informacją, że kiedy wróci, zajrzy do niego. 

Nie mam żadnego morału, bo chyba za bardzo mnie zatkał poziom lansu i chamstwa. Dlatego w tym miejscu pragnę jedynie podziękować wynalazcom Apapu, Tiocodinu, Gripexu, Aspiryny, Orofar Max i Motrin. jesteście wielcy!

Pozdro 600,


A.

piątek, 19 grudnia 2014

O Świętach w Ameryce

Dzisiaj będzie śmiesznie i niedorzecznie, bo napiszę o tym jak spędzam święta. Śmiesznie, bo jestem ateistką, a niedorzecznie bo moja wizja świąt ma się nijak do tej, którą można zobaczyć w wigilijnym odcinku 'Klanu', 'Złotopolskich', 'Prawie Agaty', czy nawet w Waszych domach.

Od 3 lat święta spędzam tutaj, bez Rodziców. Jest to najgorszy element w całej tej układance. Uwierzcie mi, że nie ma nic fajowego w Wigilii przez Skype, gdzie w Polsce jest 18 a u Ciebie dopiero południe. Niestety, moja praca osiąga największą instentywność właśnie w grudniu, więc jakiekolwiek wyjazdy nie wchodzą w grę. Na szczęście w Stanach święta trwają 2 dni, mało kto bawi się w długie weekendy, bo przecież hajs musi skądś płynąć na te wszystkie dobra. 

Ponieważ od samego dzieciństwa przeraża mnie kolęda 'Jezus Malusieńki' o tym jak dziecko leży w żłobie nagusienkie, płacze z zimna a matula nie ma dla niego sukieneczki, od tamtego czasu mam lekki uraz do świąt. Nie celebruję ich w wymiarze religijnym. Kompletnie odrzuciłam wszystko co wiąże się z koszmarem z lat młodości. Nie dzielę się opłatkiem, nie bawię się w żadne śluby kościelne, bycie chrzestną, itd. Do tego dochodzi wizja pokrwawionego Pana, własnie tego malusieńkiego w żłobie, wiszącego na krzyżu, która prześladowała mnie przez wszystkie lata szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum i na moje nieszczęście studiów (swoją drogą do dzisiaj unikam jakichkolwiek krzyży: nie noszę żadnej biżuterii z tym symbolem, również w moim domu krzyże nie istnieją). Przerażają mnie pijane pasterki (w przypadku mojej parafii) i pytania zadawane w szkole czy byłam w kościele o północy. Pamiętam, że kiedy mówiłam asertywnie, że nie bo bałam się bandy pijanych ludzi, wszyscy jakoś dziwnie na mnie patrzyli (no ale sami pomyślcie: kto rozsądnie myślący pcha się w tłum pijaków udających jakieś modły, na litość). Panicznie boję się zostawiania wolnego miejsca przy stole dla wędrowca, bo kurwa nie wiadomo czy Ci do domu nie przyjdzie jakiś złodziej, morderca czy gwałciciel. Podszyje się za bezdomnego a na koniec okaże się, że pod płaszczem ma maczetę i solniczkę. Wszystko to żeby Cię pokroić na kawałki, ugotować, przyprawić solą i dopchać karpiem, którego sama przygotowałaś. Ah, no i oczywiście gotowanie! Absolutnie nie bawię się w 12 potraw. Nie znajdziecie u mnie nawet 6 tradycyjnych potraw. Nie jestem fanką choinki, chociaż w tamtym roku coś mnie podkusiło i kupiłam żywą bestię. W tym roku zrezygnowałam z drzewa w domu. 

Jak więc wyglądają Święta w moim wydaniu? Pogańsko, bestialsko, sam Nergal by się cieszył? NIE! Przede wszystkim uzbrajam się wpodstawowy zestaw przetrwania, tj. $500 i asertywność. Te pięć stówek odkładam już na miesiąc przed świętami i wykorzystuje je na dopieszczanie siebie. Święta to święta, więc wykupuję wtedy polowę pakietów pielęgnacyjnych w Red Door Spa przy 5 Alei. Fryzjer, maseczki, masaż, brwi to pakiet podstawowy. Czuję się wypoczęta, zrelaksowana a zazwyczaj jakaś miła Pani w salonie zaproponuje mi zabieg gratis (rok temu dałam się namówić na jakąś maszynę wysysającą cellulit z ud i do dzisiaj nie ma po nim ani śladu). Jest to dla mnie bardzo ważny czas, bo wtedy wszystko podsumowuję. Skupiam się na pozytywnych rzeczach, nie kłócę się z nikim przy stole, nie obrażam się na nikogo ani nie obrażam innych. Kupuję na święta zestaw książek, filmów i 6 butelek wina. Wspominałam jeszcze o asertywności. To jest kolejny element mojej zbroi, bo kiedy tylko spotykam jakiekolwiek przedstawiciela Polonii i zaczyna się temat świąt, rozmowa wygląda tak:

Polonia: Obchodzisz w tym roku święta?
Ja: Nie.
P: Jak to?!
Ja: Ja ni obchodzę świąt w sensie religijnym, jestem ateistką. Mam wtedy po prostu wolne.
P: No ale to co wtedy jesz? (Czaicie takie pytanie? Bardzo często pada)
Ja: Zamawiam sobie wcześniej kawałek jakieś cielęciny, ulubione sałatki, dania i przywożą mi do domu.
P: No a kolędy? Nie śpiewasz?
Ja: Nie.
P: (krępująca cisza) no ja obchodzę, bo potrzebuję połączyć się z Bogiem.
Ja: Ok, fajnie.
P: No ale do Kościoła nie idziesz?
Ja: Nie, odpoczywam wtedy w domu albo w spa.
P: aha. Muszę lecieć.

I tyle. Odstraszam ludzi, wiem o tym. Tzn inaczej, odstrasza ich moja asertywność, ale nie jest to mój problem. Uważam, że moja wizja świąt ma się nijak do tych jakie organizuje moja Mama, ale myślę że wcale nie jest tak źle. Do pracy wracam wypoczęta, wyspana, nieprzejedzona, po prostu jest mi dobrze. I tego właśnie Wam życzę! Twórzcie świat dokoła siebie w taki sposób, żeby to Wam było fajnie. Mam gdzieś w marzeniach święta za jakies 10 lat w stylu Marthy Stewart z własnoręcznie wykonanymi ozdobami i ekologicznym żarciem i 20 gośćmi, i żeby w ogóle była z nami telewizja i Pani Reporterka powiedziałaby że to kolacja roku. Ale znając mnie skończyłoby się na pożarze, wizycie policji, moich Rodziców z minami w stylu 'coś Ty dziecko narobiła' i karetką pogotowia pred domem. Eh, przynajmniej wyszłaby fajna notka :) co do podsumowań, jeszcze przyjdzie na to czas i na pewno taki wpis pojawi się na blogu. Będzie pełen miłych, milusich wręcz, cudownych i pozytywnych rzeczy, więc tym mniej wytrwałym emocjonalnie zalecam wszelkie leki na niestrawność i chodzące gule. 

Pozdro 600,
A.

niedziela, 14 grudnia 2014

There is a thin line between hate and paper

Jest cienka linia pomiędzy nienawiścią a papierem. Dzisiaj tą linię przekroczę całkowicie, upojona dodatkowymi promilami, wściekła na wszystko, całe Żydostwo, młodzież, gówniarzy, rozpieszczone bachory (przede wszystkim te 40letnie), metro, kasjerki, na mój brak kondycji, na #wszystko. 

Trudno, powiedziałam to. Nie cofnę tego. Po tym tygodniu pałam nienawiścią do wszystkich bogaczy, którym poprzewracało się w głowach od pieniędzy. O ile do tej pory miałam w dupie wszelkie ekstrawagancje i szaleństwa KM, tak teraz oficjalnie ogłaszam, że nienawidzę tej ku**o - dzi*y. Tak. Można zgłosić mnie na policję, do ministra, prezydenta. Mam to gdzieś. Niech mnie spisze osiedlowy, a ksiądz niech mnie w końcu wyrzuci z parafii. W tym tygodniu przebrała się miarka.

Miniony tydzień minął pod znakiem imprezy urodzinowej dla córki KM. Mała kończy 10 lat, ogólne szaleństwo. KM postanowiła zaszaleć do tego stopnia, że wykupiła połowę supermarketu, gdzie większość zakupów to mrożonki. Zapomnijcie o torcie dla dziecka, naleśnikach, kanapkach czy ulubionych potrawach z lat dzieciństwa. Jak to ujęła KM: "nie mam siły gotować". Miała za to siłę zwalić na mnie wszystkie przygotowania. Po tym jak wydała ok. $500 na wszystkie gadżety, prezenty i po tym jak wyładowała samochód z zakupów 52 razy, uznała że jej rola jest skończona. Reszta należała do mnie. 

Impreza zaplanowana była na 30 osób. Innymi słowy, 30 rozpieszczonych bachorów przyjechała do córki KM nocować. Przywiozły swoje śpiworki, ciuchy od Armani Kids, każda po 3 walizki szajsu. Cała ta banda nieudaczników zwaliła się w piątek przed szabasem. Przywiozły je matki, coś w stylu mojej KM, tyle że jeszcze bardziej chore psychicznie. Widziałam mamusie ubrane w suknie z cekinami, które po prostu przywiozły dzieci na przyjęcie. KM kompletnie olała rozmowy z matkami, schowała się gdzieś z fajfonem w kuchni, więc wszelkie konwersacje z tymi wariatkami przypadły mi. Niektóre matki zostawiły mi tabletki dla ich dzieci. 3/4 tabletek, które otrzymałam podaje się dzieciom z ADHD albo z alergiami na #wszystko. Należy zażyć po śniadaniu. Spox. 

Na szczęście w zimie szabas zaczyna się koło godziny 16, więc chwilę po zapaleniu świeczek wszyscy zasiedli do kolacji. Nie wiem czy zdajemy sobie sprawę co oznacza kolacja szabasowa. Wyjaśnię szybko: święcenie chałki na mosiężnej desce, którą sama musisz dotaszczyć na stół (bo Żyd w szabas nie może niczego nosić ani dźwigać), rozdanie kawałków chleba dla wszystkich darmozjadów. Potem zabierasz deskę, ledwo możesz ją udźwignąć. Następnie serwowany jest rosół. Rosół nie jest regułą, można podawać inne zupy, ale laski w okolicy w której pracuję nie potrafią ugotować innej zupy. Rosół jest najłatwiejszy i wszystkie te damusie serwują to w szabas. "Serwują" to dużo powiedziane: ja nalewam, ona nosi do stołu dla każdej gówniary. Po drodze okazuje się, że zamówienie zostało źle przekazane: jedna nie chciała kulki macy w jej zupie, druga chciała więcej makaronu. Przy 30 miskach zupy mam około 12 misek "do poprawy". Ja sama nie mam czasu zjeść zupy, bo kiedy ta banda żre, ja wyciągam jedzenie na drugie danie. Tzn mrożonki, które rozmrażały się w piekarniku. Na drugie danie serwujemy takie pistacje jak mrożone kotlety, mrożone karczochy (a jak!), mrożoną fasolkę, frytki, kurczaka (?!) i tym podobny szajs. KM zrobiła SAŁATKĘ. Wymieszała pokrojone patisony, pomidory, zrobiła dressing (wow!) i gotowe! 

Po drugim daniu czas na deser. Zanim podamy deser, sprzątamy z KM stół, na którym jest wszystko. Sos z kotletów wylądował na obrusie, frytki pływają w Coli, Sprite wymieszał się z kurczakiem. Na deser podajemy babeczki marchewkowe i czekoladowe, jedyny wyrób zrobiony od A do Z w domu. Tzn ja je zrobiłam, KM była w tym czasie u fryzjera. Kolacja trwa do 19, dziewczynki padają jak muchy o 8.30. Ja biorę leki na spokojny sen, piję melisę, modlę się żeby przeżyć sobotę.

Sobota jest tragiczna, bo trzeba wyszykować 30 dziewczynek do synagogi. Każdej dziewczynce trzeba pomóc założyć rajstopy, niektóre uciekają przed Tobą bo myślą że jesteś zboczeńcem i za żadne skarby nie dadzą sobie włożyć nylonów. Tutaj interweniować musi KM, która tłumaczy dziecku, że Agnes nie zrobi Ci krzywdy, tylko pomoże włożyć rajstopy. Niektóre są na tyle leniwe, że wkładanie rajstop wygląda tak: dziecko leży na podłodze i musisz je prosić żeby dało Ci nogę, bo kompletnie odmawia kooperacji. Dodatkowo wszystkie dzieci płaczą, że ich włosy nie są jedwabiste po nocy, a przecież muszą być jedwabiste bo Agnes przyszykowała im pokaz mody.

Tak. Byłam na tyle naiwna i głupia, że namówiłam KM na pokaz mody. Przed imprezą laska zrobiła to, co potrafi najlepiej, tj. wysłała maile do wszystkich matek z informacją, żeby dały dzieciakom jakieś szalone ubrania. Dołożyła jeszcze starań i kupiła w sklepie jakąś matę imitującą wybieg. Ja 2 dni wcześniej zrobiłam "lizaki" z punktami, coś w stylu Tańca z Gwiazdami. Dodatkowo dla każdej dziewczynki miałam numerek ze wstążeczką (tak, tak, niczym w obozie lol). Pokaz mody okazał się być strzałem w 10 do tego stopnia, że inne koleżanki córki KM proszą ją o wciśnięcie je na pokaz, bo też chcą wziąć udział. Po pokazie mody przychodzi czas na dekorowanie ciast. Dzielimy cały gang na 5 grup, każda grupa dekoruje ciasta, które ja oczywiście upiekłam kilka dni wcześniej. Dekorowanie przechodzi z fazy sztuki do walki i wzajemnego wyzywania się od "beztalenci" i "głupków". Wybija godzina 18, szabas skończył się godzinę temu.

Do domu KM przychodzi dodatkowe 15 dziewczynek, razem 45 sztuk. Zaczynamy oglądanie filmu, podczas którego serwujemy popcorn. Zgadnijcie kto wcześniej przygotował popcorn? Tak, ja. 36 torebek, jakby ktoś był ciekawy. Od tej pory nie mogę znieść zapachu popcornu, jego widoku i wszystkiego związanego z tym ohydnym jedzeniem. Dla tych bardziej dociekliwych, kiedy ja robiłam popcorn, KM była na paznokciach i na rzęsach (zagęszcza je sobie, bo ma małe oczy jak kret). Film kończy się zbyt wcześnie i KM szuka w moich oczach odpowiedzi na pytanie "co można jeszcze im zaoferować". Rzucam szybko, że karaoke. KM kręci nosem, ale mam ją w dupie i biegnę na górę po maszynę do karaoke. W tym czasie jej mąż przywozi 8 pudełek z pizzą. Cały dywan jest pokryty w popcornie, serze, sosie pomidorowym, kawałkach ciasta. Uroczo. Po filmie odpalamy świeczki na tortach udekorowanych wcześniej, śpiewamy sto lat, potem przychodzi czas na karaoke. Zabawa jest tak szalona, że sąsiedzi dzwonią do KM z pytaniem co się tam dzieje i czy mogą przyprowadzić swoje dzieci. Dochodzi 5 dziewczynek extra. Atmosfera jest niesamowita, więc zaczynam tańczyć i śpiewać z dziećmi (a robię to tylko po alkoholu). Po godzinie 21, kiedy już wszyscy goście poszli do domu, ja i KM sprzątamy. Tzn KM stoi i bawi się fajfonem a ja sprzątam. Do 23.30. 

Niedziela rano. Wreszcie wolne, mam zakwasy na całym ciele. Wychodzę i czekam na wypłatę mając nadzieję na kilka dolarów więcej za całe to przyjęcie. Nie dostaję ani centa extra. 

Pozdro 600,
A. 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mayday, Mayday, Mayday!

Mayday! Mayday! Huston na pomoc! Potrzebuję chwili dla siebie! Ostatnie dwa tygodnie to istne szaleństwo. Totalnie pochłonęło mnie zakładanie firmy: czytam poradniki, kodeksy, dopieszczam biznes plan, zamawiam wizytówki, projektuję moje portfolio, szukam dostawców specjalizujących się w stylu vintage, pracuję nad sesją zdjęciową. Śpię po 5 godzin dziennie, chodzę niewyspana, przemęczona użeraniem się z dziećmi w pracy, ogólnie jest syf. Powoli zaczynam rozważać podjęcie nowego zajęcia. Nie wiem, jakieś zoo, może leśniczówka. Samotnia. Z drugiej strony takie zawirowania, pomimo narzekania i zmęczenia, działają na mnie niezwykle dopingująco. Wszystko nabiera kształtu i sensu, bo w pewnym momencie dopadły mnie chwile zwątpienia. Ale, zacznijmy po kolei.

Zakładanie firmy wcale nie jest proste. To wie chyba każdy, kto musiał przez to przejść. Jednak zakładanie firmy w obcym kraju jest podwójnie trudne. Dzisiaj miałam spotkanie z właścicielką restauracji, w której chcę zorganizować sesję do mojego portfolio. Dwa tygodnie wcześniej zaczęłam tworzyć listę pytań, które powinnam zadać podczas spotkania. Pytania z pozoru wydają się być dziwne, bo dotyczą np ilości gniazdek w danym pokoju/sali albo czy restauracja ma zamiar przeprowadzać jakiś remont w dniu/tygodniu poprzedzającym Twoją sesję. Istotne są również takie kwestie jak możliwość dojazdu dla dostawców przed lokal, wszelkie opłaty za #wszystko, itp. W moim przypadku, potrzebuję stołu z nakryciem dla 8 osób. Za przygotowanie stołu restauracja pobiera opłatę $50 extra. W tym wszystkim zamieszaniu, najbardziej stresowałam się…akcentem. Tak. Byłam totalnie przerażona, że kobieta usłyszy mój akcent (i pewnie skumała, że nie jestem Amerykanką), pomyśli że jestem niedojdą, że się nie znam, itd. Na szczęście nic takiego się nie stało, Lauren była bardzo uprzejma, aczkolwiek niezwykle anemiczna. Nie wiem z czego to wynika, ale zawsze wierzyłam, że współpraca z mężczyznami przebiega bardziej energicznie. Obiecuję tutaj uroczyście, że następną sesję organizuję z facetem. Nie mam talentu od odczytywania kobiecej mimiki ani kobiecych emocji, co facet to facet. 

Dotychczasowe negocjacje stanęły na 16 marca 2015, godzina 11.00. Wtedy zacznie się spełniać wizja, o której myślę już od dwóch miesięcy. Właśnie otrzymałam kontrakt od restauracji, który muszę podpisać, żeby móc zacząć działać. Komunikacja w tym przypadku odbywa się przede wszystkim za pomocą emaili. Moja skrzynka pocztowa zapełniona jest wiadomościami od fotografów, florystów, dekoratorów, kaligrafów, grafików i czego sobie tam nie wymyślicie, na pewno to jest w mojej skrzynce. Trzeba bardzo uważać i pilnować się z korespondencją, najlepiej założyć jakiś notes, w którym każdy krok jest notowany. Ja taki notes mam, ma nawet okładkę z symbolami masońskimi :). 
Jeszcze a propos kontraktu, żeby móc go podpisać, muszę mieć ubezpieczenie na dzień sesji: restauracja zabezpiecza się w ten sposób na wypadek gdyby coś mi się stało w czasie robienia zdjęć. 
Czyli dochodzi mi kolejna rzecz do załatwienia, eh.

W tym momencie, do mojego życia wkracza prawdziwe szaleństwo i schizofrenia. Bo kiedy w niedzielę i poniedziałek zajmuję się firmą, tak od wtorku do soboty zajmuję się rozpieszczoną bachornią w pracy. W tym tygodniu czeka mnie OKROPNY tydzień. Córka KM ma urodziny i przychodzi 30 dziewczynek. Nocować. Nie mam pojęcia jak oni posadzą te dzieci, gdzie będą spały, ja postanowiłam się angażować w całe to wydarzenie w stopniu minimalnym. Nie mam zamiaru patrzeć czy któraś nie robi sobie krzywdy, po prostu let it go. W tamtym roku KM zaprosiła na noc 12 dziewczynek i dostałam za cały mój wysiłek dodatkowe $25. Śmiesznie żałosne. W tym roku może mnie pocałować w tyłek z tymi swoimi dodatkowymi pieniędzmi. To wszystko brzmi trochę nonszalancko, ale ostatnio byłam świadkiem takich scen, że gardzę tą kobietą najbardziej jak tylko się da. 

Opowiadałam Wam historię o sukience? Nie? To posłuchajcie o "the sukienka story". Historia jest bardzo prosta: syn KM ma w marcu barmitzvę, coś w rodzaju żydowskiej komunii. Przygotowania zaczęły się już w marcu tego roku i kiedy KM rozmawiała z organizatorami przyjęcia na temat budżetu, mówiła że tak na prawdę to "budżetu nie ma". Cała ta impreza odbywa się w atmosferze blichtru i przepychu rodem z 5th ave, ale też i chamstwa na poziomie Lubartoskiej w Lublinie. Najważniejszym punktem programu jest sukienka. Mam na myśli oczywiście sukienkę KM. Dwa miesiące temu dobijała się przez telefon do Michaela Korsa, żeby uszył jej kiecę. Nie mogła rozmawiać z samym projektantem i połączyli ją z asystentką. Wkurzona KM zaczęła wybrzydzać i zmuszać biedną dziewczynę, żeby natychmiast połączyła ją z Michaelem. Kiedy ta jej odmówiła, KM stwierdziła że asystentka się na niczym nie zna i brak jej klasy. Goodbye. To było jednak preludium. Sukienką numer 2 jest suknia jej córki. Szyją u Gucciego, jednak jak się okazało 4 dni temu, nawet ten dom mody nie jest w stanie spełnić oczekiwań laski. W czwartek KM dostała telefon od Gucciego (tzn. domu mody):

KM: Sukienka jest gotowa?
Gucci: Tak. Można ją odebrać.
KM: Ale jak wygląda?
G: Dobrze.
KM: Jak to dobrze? To znaczy, że jest fatalna! 
G: Nie, wygląda dobrze. Ciężko nam powiedzieć dokładnie, bo sukienka jest na wieszaku. Jeśli przyprowadzisz córkę na przymiarkę, będzie można więcej powiedzieć.
KM: Nie, nie, nie, nie, nie. To nie brzmi dobrze. Właśnie mnie przyprawiłaś o zawał serca! Czy Ty zdajesz sobie sprawę w jaki sposób rozmawiasz z klientem? Ja zapłaciłam za to $10,000!
G: Mogę zrobić zdjęcie i wysłać Ci na telefon.
KM: Ok. Pa.

Po 3 minutach.

KM: Sukienka jest ohydna!
G: Jak to ohydna?
KM: Paskudna, zbyt wąska! Nie umiecie szyć. Tragedia. Jest okropna!
G: Ale co Ci się w niej nie podoba?
KM: Wszystko.
G: Zróbmy tak: wyślę sukienkę do Twojego domu na nasz koszt, niech córka przymierzy i wtedy zobaczymy co da się zrobić. 

Sukienka przyszła na następny dzień z samego rana. Córka KM ją przymierzyła. Wyglądała bosko. Na prawdę. Cała afera zakończyła się tym, że KM zadzwoniła do Gucciego, powiedziała że spoko, suknia ładna i sorry. I kłaput słuchawką. Taka odważna.

Jak sami widzicie pracuję dla schizofreniczki. Wariatki i pomyleńca. Na szczęście mam swój biznes.

Pozdro 600,
A.