Idąc za ciosem, szybko wrzucam kolejną notkę, żeby wyrobić sobie nawyk regularnego pisania. Po 5 dniach pracy zostaje mi niedziela i poniedziałek na załatwienie wszystkich najważniejszych spraw. Ponieważ jestem nianią z tzw. "zamieszkaniem" (przez 5 dni w tyg mieszkam w Rodziną), przeznaczam ten czas na planowanie wszystkich rzeczy związanych z firmą. Z racji tego, że moja szefowa spędza całe dnie na zakupach, w salonach spa, na siłowni, na plotkach, w korkach, odbierając dzieci ze szkoły, zawożąc je na balet, koszykówkę, piłkę nożną, hokeja, przez prawie cały dzień jestem w domu sama. Ten czas przeznaczam na czytanie wszystkich podręczników dotyczących planowania ślubów. Naturalnie zajmuję się też pracą, a jakże! Tyle, że po dwóch latach pracy wiem jak szybko zrobić swoje a resztę dnia wygospodarować dla siebie. Na samym początku było mi bardzo ciężko. To co dzisiaj robię w 40 min (powiedzmy składanie ubrań dzieciaków), kiedyś zajmowało mi 2 godziny. Dochodziło do sytuacji gdzie pracowałam po 14h na dobę. Przez pierwszy rok byłam umęczona fizycznie: nie byłam w stanie wytrzymać bólu pleców, stóp, ręce drętwiały mi kiedy trzymałam w ręku jakiś przedmiot. Teraz jestem umęczona emocjonalnie. Atmosfera w domu jest tak fatalna i prawdopodobnie wynika to z wieku, w jaki wkraczają dzieci. Dwoje najstarszych ma już 13 i 11 lat, a to oznacza hormony, nienawiść do świata, "nienawidzę Cię Mamo", "nie chce mi się żyć", itp. Szefowa, kiedy zdarza się taka sytuacja, reaguje na różne sposoby. Najczęściej wrzeszczy (prosto do ucha), wymyśla kary typu "żadnego iPada, iPhona, iPoda i tv przez tydzień (phi, też mi kara…), daje klapsa, w ostateczności daje z liścia po pysku. It's the hard knock Jewish life, baby.
W związku z tym co widzę i niestety słyszę przez 5 dni w tygodniu, postanowiłam dzisiaj podjąć kroki do zmiany swojej sytuacji. Rzucam Królową Matkę (KM), w czym pomoże mi agencja pracy. W Nowym Jorku znajdziecie dużo agencji pośrednictwa, które pomagają w załatwianiu pracy dla młodych dziewczyn, które chcą "nianiować". Ja właśnie do takiej dzisiaj poszłam i NARESZCIE mogłam usiąść i spokojnie powiedzieć o jaką pracę chodzi MI. Ponieważ mam już doświadczenie, jest szansa, że znajdę zatrudnienie w jakimś spokojniejszym domu, w mniejszej rodzinie, mniej pierdolnietej. Do tego dochodzi zakładanie firmy. Obecnie pracuję nad wizją i misją mojego biznesu. Próbuję wymyślić co wyróżniałoby firmę, jakie atrakcje jestem w stanie zapewnić potencjalnym klientom. Aby to zrobić, muszę przede wszystkim zarejestrować firmę, wyrobić sobie tutejszy NIP, zapłacić podatek, ubezpieczenie, wyrobić portfolio, poszukać dostawców i założyć stronę internetową. Na początek jednak szkoła. Wybrałam The Association of Bridal Consultants, czyli Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych. Będąc członkiem tej organizacji możesz skończyć kurs dający Ci uprawnienia do wykonywania zawodu. Szkoła i Stowarzyszenie mają system punktowy: kończąc kurs dostajesz 25 ptk i dostajesz tytuł Certfied Wedding Planner. Wtedy można zacząć działać na rynku, ale jednocześnie (jak określiła to Magoshta "jak w simsach"), możesz zdobywać więcej punktów i wspinać się wyżej po drabinie kolejnych tytułów. Za każdy rok prowadzenia firmy dostajesz 1 ptk, za każdy udział w seminarium albo konferencji dostajesz prawdopodobnie 5 ptk. W trakcie takich spotkań (organizowanych na Florydzie w West Palm Beach) dostajesz zadania, np. wręczenie swojej wizytówki 50 różnym osobom. Za to oczywiście też dostajemy punkty i nasza pozycja w Stowarzyszeniu jest wyższa. Dodatkowo bierzesz udział w czymś bez czego w Stanach nie rozkręcisz biznesu czyli networking. Musisz tworzyć siatkę kontaktów, tak aby jak najwięcej osób o Tobie słyszało. Ciekawe czy mi się to uda.
Wspominałam wcześniej, że pożeram całą literaturę związaną z planowaniem ślubów. Dla tych, których ten temat też kręci polecam WSZYSTKO wydane przez Judy Allen. Allen jest guru w dziedzinie planowania wydarzeń (nie tylko wesel), wydała mnóstwo podręczników, w których zawarte są wskazówki dotyczące tego na co profesjonalny event planner musi zwrócić uwagę. Liczy się #wszystko: ilość gniazdek w sali weselnej, jakość parkietu, czystość toalet, wielkość sali, czy budynek w którym wynajmujemy pomieszczenie ma związki zawodowe (zawsze istnieje ryzyko strajku), a nawet to czy żyrandol dyndający w sali balowej jest wykonany z kryształów (wg Allen taki żyrandol jest bardzo hałaśliwy i przeszkadza podczas przemówień). Dzisiaj niestety nie dałam rady poczytać zbyt wiele, ponieważ czas, który miałam przeznaczyć na naukę spędziłam w gigantycznym korku. Z powodu okropnej ulewy zepsuło się metro i byłam skazana na autobusy (4 przesiadki). Jechałam z dzieciarnią, która mnie non stop popychała (aż musiałam wrzeszczeć z mimiką ala Jim Carrey "stop pushing ME!"), jakaś czarna młodzież z Jamaica (czarna dzielnica na Queensie) chciała tańczyć w autobusie, a ja i inna pasażerka (po akcencie pomyślałam, że Rosjanka), krzyczałyśmy na całe gardło "dzieci! zdejmijcie plecaki, wtedy będzie więcej miejsca". Nikt plecaka nie zdjął. Nie wiem czy wynika to z ignorancji, debilizmu, czy chamstwa. Swoją drogą, chyba jeszcze nie słyszałam tylu nastolatków wrzeszczących na cały autobus przekleństwa. Ah, ta młodzież.
Trzymajcie się ciepło,
A.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz